Reklama

Reklama

​Media: Hillary deklasuje. Widzowie: Bernie deklasuje. Za nami bardzo ważna debata w USA

We wtorkowy wieczór odbyła się w USA pierwsza debata kandydatów ubiegających się o prezydencką nominację Partii Demokratycznej.

Jak powiew świeżego powietrza - cieszą się liberalne media za oceanem, porównując spokojną, merytoryczną debatę Partii Demokratycznej z cyrkiem, jaki fundują widzom Republikanie.

Reklama

Dlaczego cyrkiem? Numer jeden w sondażach, Donald Trump, pyszni się swoim bogactwem, biednych uważa za nieudaczników, Meksykanów nazywa gwałcicielami i chce budować wielki mur na granicy, o Johnie McCainie powiedział, że został bohaterem wojennym, "ponieważ dał się złapać", a na każdy problem ma jednozdaniowe rozwiązanie. Numer dwa w sondażach, neurochirurg Ben Carson, zarzuca ofiarom niedawnej strzelaniny w Oregon, że "dały się zabić", zamiast rzucić się razem na mordercę (on by tak zrobił), ponadto raczył stwierdzić, że Holocaustu nie byłoby, gdyby nie ograniczenia w dostępie do broni. Dysponujący największymi funduszami Jeb Bush, komentując strzelaninę w Oregon, stwierdził z kolei, że "takie rzeczy się zdarzają".

Partyjny "beton" jest zachwycony, Donald Trump urósł do rangi największego celebryty w USA, natomiast obserwujący z dystansu te przedwyborcze pląsy odbiorca - niezależnie od poglądów - musi przyznać, że u Demokratów cyrku jest jednak mniej.

Liczyli się tylko oni

Choć na scenie w Las Vegas zameldowało się pięcioro kandydatów, cała uwaga była skupiona na dwojgu z nich: Hillary Clinton i Berniem Sandersie. 67-letnia Clinton to oczywiście była pierwsza dama, była senator i była sekretarz stanu w administracji Baracka Obamy. Z kolei 74-letni Sanders, syn polskiego Żyda, to niezależny senator z Vermont o socjaldemokratycznych poglądach.

Debata była reklamowana właśnie jako pierwsze bezpośrednie starcie Hillary Clinton z Berniem Sandersem, choć ten ostatni złości się, gdy polityka relacjonowana jest jak zawody sportowe.

Widzowie mogli na własne oczy przekonać się, dlaczego Lincoln Chafee, Martin O'Malley i Jim Webb mają poparcie między 0 a 1 proc. We wtorkowy wieczór byli cieniem dla Clinton i Sandersa, choć udało im się z pewnością pokazać znacznie szerszej publiczności niż dotychczas.

Kto kogo zdeklasował?

Tuż po debacie media ogłosiły wielki triumf Hillary Clinton. Żona Billa Clintona była "grillowana" przez prowadzących w sprawie częstej zmiany poglądów ("Czy powie pani wszystko, by zostać prezydentem"?), a także, to już stały fragment gry, przypomniano jej głosowanie za wojną w Iraku. Mimo to Clinton bardzo zręcznie odpierała wszystkie zarzuty, pokazała się jako osoba silna, bardzo pewna siebie i zdecydowana, a także doskonale przygotowana, zwłaszcza w sprawach zagranicznych.

Zachwycony serwis The Daily Beast porównał Clinton do Daenerys Targaryen z "Gry o tron"; napisano, że "puściła scenę z dymem" i zdeklasowała rywali. "Clinton była zdecydowanie najlepiej przygotowaną kandydatką na scenie" - oznajmił Chuck Todd, dyrektor polityczny w NBC. W podobny ton uderzyła Polska Agencja Prasowa: "Clinton zdecydowanie zdominowała pierwszą prezydencką debatę Demokratów. Nie stroniła od atakowania rywali i ze sporą łatwością odrzucała zarzuty dotyczące m.in. jej elektronicznej skrzynki pocztowej".

Brzmi to rzeczywiście jak deklasacja itd., ale zupełnie innego zdania są widzowie debaty. W ankiecie przeprowadzonej przez stację Fox News 77 proc. z nich uznało, że w debacie zwyciężył Bernie Sanders, a tylko 16 proc., że Hillary Clinton. Z kolei na stronach magazynu "Slate" 75 proc. uważa, że lepszy był Sanders, a 18 proc., że wygrała Clinton.

Gdy The Daily Beast zamieścił na Facebooku swoją recenzję debaty, miażdżąca większość komentujących skrytykowała post, wychwalając występ Berniego Sandersa.

74-letni senator z Vermont z charakterystyczną dla siebie pasją mówił o tym, że 90 proc. dochodu narodowego ląduje w rękach 1 proc. najbogatszych, przekonywał, że to miliarderzy i korporacje rządzą Stanami, mocno sygnalizował problem globalnego ocieplenia, a także powoływał się na kraje skandynawskie, mówiąc o konieczności zmiany systemu podatkowego czy postulując objęcie opieką zdrowotną wszystkich obywateli ("To powinno być niezbywalne prawo człowieka!" - grzmiał Sanders).

Tego typu narracja po raz pierwszy przedostała się do mediów głównego nurtu i, jak widać, trafiła na bardzo podatny grunt. Wiece Sandersa przyciągają tłumy - między 20 a 30 tys. widzów. Żaden inny kandydat nie cieszy się taką popularnością "w terenie". Entuzjam wokół tej kandydatury zaczyna się przekładać na popularność medialną, zwłaszcza w internecie.
Jak sprawdzono, w trakcie debaty nazwisko Berniego Sandersa było wyszukiwane w Google częściej niż jakiegokolwiek inne. Nawet Donald Trump nie był tak intensywnie "wyszukiwany" w trakcie dotychczasowych debat Republikanów.

Kilka spięć i "dajcie spokój z mailami"

Między Hillary Clinton a Berniem Sandersem kilka razy doszło do zaognionej polemiki.

Hillary Clinton mocno wypunktowała Berniego Sandersa w sprawie dostępu do broni. Choć Sanders opowiada się za ograniczeniem tego dostępu, historia jego głosowań jest niejasna - raz głosował zgodnie z oczekiwaniami lobby, innym razem przeciwnie. 

Clinton przekonywała, że Sanders nie jest wiarygodny i dostatecznie twardy wobec zwolenników dostępu do broni. Senator bronił się, podkreślając, że równie ważne jest objęcie opieką zdrowotną osób chorych psychicznie i tłumaczył, że reprezentował stan z długimi tradycjami łowieckimi i dlatego głosował przeciwko przepisom, które mogłyby w te tradycje uderzyć.

Bernie Sanders z kolei zarzucił Clinton, że przez długi czas reprezentowała interesy Wall Street, a dziś kreuje się na obrońcę poszkodowanych przez finansjerę. Senator przypomniał, że Wall Street wydawała miliardy dolarów na lobbing w administracji Clintonów.

"Wall Street, gdzie modelem biznesowym jest oszustwo, zniszczyła naszą gospodarkę i życie milionów ludzi" - wywodził Sanders.

Kandydaci poróżnili się także na tle stosunku do kapitalizmu. Sanders jest zdecydowanym krytykiem "niesprawiedliwego systemu opartego na chciwości", tymczasem Clinton wprawdzie dostrzega wypaczenia, ale wiele mówi o szansach dla małych przedsiębiorców czy "pracowitych ludzi z talentem".

Do zaskakującej sytuacji doszło, gdy Clinton po raz kolejny była przepytywana w głośnej sprawie korzystania z prywatnego serwera pocztowego do korespondencji służbowej w czasie, gdy była sekretarzem stanu.

"Niektórzy uznają to może za polityczny błąd, ale zgadzam się z sekretarz Clinton. Wystarczy już o tych cholernych e-mailach! Ludzie mają już tego dość! Klasa średnia zanika, mamy 27 mln ludzi żyjących w biedzie, rosną nierówności społeczne - nasi obywatele chcą wiedzieć, czy będziemy mieli demokrację, czy oligarchię. Dość o e-mailach, porozmawiajmy o poważnych sprawach" - za te słowa Sanders zebrał owację na stojąco, a Hillary Clinton kilkukrotnie mu podziękowała.

Wielki nieobecny

W debacie nie uczestniczył wiceprezydent Joe Biden, który wciąż nie podjął decyzji, czy będzie się ubiegał o prezydencką nominację. W sondażach, w których jest uwzględniany, plasuje się tuż za Sandersem z poparciem na poziomie ok. 20 proc. Jednak obserwatorzy zauważają, że Joe Biden, w przeciwieństwie do Clinton i Sandersa, wygrywa wirtualne starcia z republikańskimi konkurentami w ogólnokrajowych badaniach. A przecież, żeby zostać prezydentem, trzeba jeszcze pokonać kandydata "tej drugiej" partii.

Joe Biden stracił niedawno syna i w programie Stephena Colberta tłumaczył, że nie byłby w stanie w stu procentach zaangażować się w kampanię wyborczą. Tymczasem demokraci gorąco namawiają Bidena do startu. Z dwóch prostych przyczyn: Clinton i Sanders. 

Hillary uważana jest przez opinię publiczną za silnego lidera, ale również za osobę nie do końca uczciwą, natomiast Sanders wzbudza ogromną nieufność w samej partii: nie dość że do niej nie należy (jest senatorem bezpartyjnym), to obawy budzą również jego lewicowe poglądy. Zdaniem partyjnego establishmentu - zbyt lewicowe. Tymczasem Joe Biden jest powszechnie lubiany, jest "swój". Jego piętą achillesową są jednak gafy, które zdarzają mu się stosunkowo często (przypomnia w tym trochę Bronisława Komorowskiego - jest generalnie politykiem bardzo z siebie zadowolonym, któremu raz na jakiś czas zdarza się coś "palnąć").

Polityczne skutki debaty

Wydaje się, że debata przysłużyła się zarówno Hillary Clinton, jak i Berniemu Sandersowi (co jest złą wiadomością dla Bidena). Hillary Clinton odparła wszystkie ataki, nie popełniła żadnego błędu, na dodatek punktowała Sandersa w sprawie dostępu do broni. Zaprezentowała się jako doświadczony polityk, który wie, czego chce. A Sanders? Pokazał pasję, charyzmę, bardzo klarownie przedstawił swoje poglądy. Każdy widz debaty bez problemu z pamięci wymieni najważniejsze postulaty Sandersa, w przypadku chcącej dogodzić "centrum" Clinton może to być trudniejsze.

Dobry występ Clinton powinien zatrzymać jej spadki w sondażach i pomóc złapać oddech w kampanii, która zaczęła wymykać jej się spod kontroli. Z kolei dobry występ Sandersa umocni jego poparcie na poziomie 25 proc. i może być punktem wyjścia do kolejnych wzrostów. Aktualnie Clinton prowadzi z Sandersem 45 do 25 proc. Kolejna debata 14 listopada.

Więcej newsów znajdziesz
w aplikacji INTERIA
Pobierz aplikację
Dowiedz się więcej na temat: bernie sanders | Hillary Clinton | Partia Demokratyczna

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne