Reklama

Reklama

Na wojnę do... ciucholandu

Jest 8.55 rano. Stoję przed jednym z największych second-handów w Krakowie. Za 5 min otwarcie, a przed drzwiami już kłębi się tłum ludzi. Nic dziwnego, dziś środa - nowy towar, a to oznacza najlepsze łupy.

Stali bywalcy doskonale o tym wiedzą . Wiedzą też, że aby je złowić, należy przyjść na otwarcie, bo po kilku godzinach nie będzie w czym wybierać. Dźwięk przekręcanych kluczy i tłum zaczyna napierać. Panie od wewnątrz muszą przytrzymywać drzwi, bo ludzie rozpychają się łokciami, nogami, torebkami i czym tam jeszcze mogą.

Reklama

- Niech pani troszeczkę uważa, tu stoi dziecko - pewna starsza pani zwraca uwagę stojącej obok kobiecie. Pomimo że na dworze chłód, w środku panuje duchota. Pomieszczenie jest pełne ludzi, ciężko jest przecisnąć się z koszykiem. Stoję przez chwilę skonsternowana, nie wiedząc, w którą stronę ruszyć. Zdaje się, że jednak zdecydowano za mnie - tłum "niesie" mnie w stronę wielkich pudeł, w których znajdują się buty, a tam prawie zamieszki. Pudła są już "obstawione" dookoła, przecisnąć się do nich nie sposób. Ludzie, którzy tam stoją, mają już pełne koszyki. W pudłach prawie pusto. Więc czego oni tam tak pilnują - zastanawiam się.

Walka na gesty, walka na słowa

- Oryginalne conversy - młody chłopak pokazuje swoją zdobycz, jak sądzę, swojej matce.

- A nie są za duże? - pyta matka.

- Nie wiem, jeszcze nie mierzyłem. Najwyżej opchnę na allegro - odpowiada.

I tak się właśnie zarabia - czysty zysk.

Kobieta obok karci męża, by nigdzie nie odchodził, bo co dwie pary rąk to nie jedna i nakazuje mu ustawić się przy drugim pudle. W ten sposób mają większe szanse, by znaleźć coś interesującego.

Nadchodzi pan z dostawą nowych butów i wyjaśnia się, na co wszyscy jeszcze czekali. Kilkadziesiąt par butów ląduje z hukiem w obu pudłach. Wielki harmider - ludzie wyrywają sobie z rąk co cenniejsze "kąski". Na pierwszy ogień idą buty markowe, cenne oraz te najmniej zniszczone. Najgorzej, gdy ktoś złapie jeden, a ktoś inny - drugi od pary. Nie ma mowy, żeby dobrowolnie zrzec się zdobyczy - rozpoczynają się negocjacje. Ale za byle co upolowanego towaru oddać też nie można.

Przesuwam się dalej i słyszę:

- Może by tak iść obejrzeć płaszcze? - pani koło 50-tki zwraca się do swojej koleżanki.

- Nie, szkoda by było, dobre miejsce dziś mamy, poczekajmy jeszcze, aż doniosą kolejne buty. Chciałam dziś kupić jakieś na wiosnę. Później pójdziemy.

Przy płaszczach połowa wieszaków już pusta.

- Pani, tutaj kupię kurtkę dla mojego starego za 15 zł, a za nową musiałabym wydać z sześć razy tyle - tłumaczy niska, wątła kobieta. - Wie pani, ja tutaj co tydzień przychodzę. Zwinna jestem, szybko się przeciskam, to zawsze coś fajnego upoluję.

Sprzedawczynie systematycznie donoszą nowe partie ubrań, co wykorzystują zaradne klientki i dosłownie wyrywają im wieszaki z rąk.

- Proszę to zostawić, bo inaczej w ogóle nie powieszę - mówi zdenerwowana sprzedawczyni. - Proszę się odsunąć i dać mi to powiesić.

Panie widocznie przestraszyły się groźby, bo poskromiły swoje zapędy i ubrania lądują na wieszakach. Nie na długo, bo po chwili zostają błyskawicznie stamtąd zmiecione.

Obsługa sklepu narzeka, że tak jest zawsze. - Ludzie zachowują się po prostu jak zwierzęta. Pomyślałby ktoś, że te szmatki są warte miliony.

Synonim luksusu

Miliony może nie, ale faktem jest, że w takich miejscach można kupić prawdziwe, oryginalne i naprawdę cenne ubrania, nawet od najlepszych projektantów.

Takie szczęście miała Edyta, również stała bywalczyni takiego miejsca.

- Kiedyś udało mi się wygrzebać "rurki" od Armaniego, zupełnie niezniszczone - już ich co prawda nie mam, ale długo się nimi chwaliłam. Mam też sporo ubrań znanych marek. I to nie jest tak, że nie stać mnie na nowe rzeczy. Po prostu wyszukiwanie cudeniek za grosze sprawia mi ogromną frajdę. Po za tym zawsze wyglądam oryginalnie - kontynuuje Edyta.

Przy lustrach niebywały zamęt. Wszyscy próbują się do nich przecisnąć, bo nie ma przymierzalni. Kobiety wkładają na siebie kilka warstw bluzeczek, na to jeszcze sweterki, płaszcze... Uff, znów zrobiło się gorąco. Kilka klientek kryje się za stojakiem z zasłonami, próbując tam przymierzyć spódnice. Niestety, z intymności nici. Tu i ówdzie widać goły brzuch i fragmenty bielizny.

Wędrująca różowa bluzeczka

Wielkie zamieszanie jest też przy wieszakach ze spodniami - tanie jeansy to również chwytliwy towar. Zdjęłam płaszcz zaraz po wejściu, ale nadal jest mi duszno. Zastanawiam się, jak te wszystkie starsze panie nie mdleją. Pewnie uodporniły się już na panujący tu klimat. Ja jednak dłużej nie wytrzymam. Ustawiłam się przy kasach, w długiej kolejce, która posuwa się bardzo wolno. Przede mną stoi mocno już poirytowany pan, który najchętniej by stąd uciekł.

- Zostań tu i przydaj się do czegoś! Ja jeszcze poszukam, widziałam ładne zasłonki. Zaraz wracam - zatrzymuje go kategorycznie żona.

Mężczyzna wzdycha z rezygnacją i zostaje w kolejce.

Młoda dziewczyna zwinnym ruchem wyciągnęła różową bluzeczkę z koszyka pani, która stała przed nią w kolejce. Awantura wisi już w powietrzu. Ku mojemu zdumieniu do "wojny" nie dochodzi. Właścicielka różowej bluzeczki nie dostrzega jej braku, mając ręce zajete dwiema dużymi reklamówkami ubrań.

Przy drzwiach mijam kilku panów z nosami zwieszonymi na kwintę. Czekają zapewne na swe żony. Za chwilę znowu staną się tragarzami. Jak co tydzień...

Marzena Hadała

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy