Najazd na Karpacką Troję

Narodziny, inicjacja, lata nauki pod okiem wspaniałych wojowników i bohaterska śmierć w walce z najeźdźcami grodu - tak można opisać życie mężczyzny w minionych wiekach. Obyczaje i zwykłe życie mieszkańców Trzcinicy obserwowaliśmy podczas Karpackiego Festiwalu Archeologicznego "Dwa Oblicza".

Organizatorzy dwudniowego festynu, który odbył się w Trzcinicy koło Jasła, stworzyli licznym widzom niepowtarzalną okazję dotknięcia historii, a nawet jej... powąchania i skosztowania!

Reklama

Skansen Archeologiczny Karpacka Troja w Trzcinicy to, oprócz grodziska, 18 zrekonstruowanych chat, kuźnia, dwie prowadzące do grodu bramy oraz 150 metrów odtworzonych murów obronnych. Wybudowano tu także nowoczesny pawilon wystawowy, w którym mieści się ekspozycja zabytków pozyskanych podczas wieloletnich prac wykopaliskowych, zaplecze edukacyjne oraz sala konferencyjna, w której w czasie festiwalu wyświetlano film o Karpackiej Troi.

Teoretycznie przygotowani, ruszamy na zwiedzanie skansenu. Najpierw odwiedzamy drewniane chatki - takie same przed wiekami zamieszkiwała ludność kultury Otomani-Füzesabony. Małe, niskie, ściany wylepione gliną lub wyłożone dranicami - nieoheblowanymi deskami. Pod dwuspadowymi dachami, krytymi słomą lub trzciną, stryszki z prowadzącymi na nie prymitywnymi drabinkami. Prawdopodobnie przechowywano na nich zapasy jedzenia.

W rogu malutkiego pomieszczenia wylepiony z gliny piec, w kolejnym pomieszczeniu... ognisko. W ścianach dwa niewielkie okienka - w dachu nie ma ujścia dla gryzącego w oczy dymu. Obok ogniska mężczyzna mielący na żarnach pszenicę na podpłomyki. Kobieta rozkłada naczynia z gliny. - Sama je zrobiłam - pokazuje. - Rzeczywiście, wyglądają jak te z wystawy - chwalimy głośno.

 - Wyobraźcie sobie, że ci ludzie mieszkają tu całymi latami. Oprócz tej dwójki, są jeszcze dzieci, a może też dziadkowie. Wszyscy mają wszy, po podłodze skaczą pchły, na strychu myszy, oprócz smrodliwego dymu z ogniska po całej osadzie unosi się fetor rzadko mytych ciał - opowiada kilkunastoletnim pociechom pan Wojciech z Warszawy. - Fuj! - młodzi miłośnicy archeologii z dezaprobatą kręcą nosami i starają się jak najszybciej opuścić zadymione wnętrze chatynki.

Nieopodal kilka budynków z wczesnego średniowiecza. W nich także archeolodzy i rekonstruktorzy też rozpalili ogniska. W każdej po chwili zapanowała ciężka do wytrzymania "atmosferka". Odwiedzamy wszystkie i przyglądamy się z zainteresowaniem próbom odtworzenia w nich zwykłego, codziennego życia. W każdym budynku dwie niewielkie izdebki. - Ilu ludzi mieszkało w takim domku? - dopytują dzieciaki.

Mijamy niewielkie jeziorko, na którym leniwie kołysze się łódź-dłubanka, i docieramy do średniowiecznego obozowiska, gdzie swoje namioty (także wykonane zgodnie z duchem epoki) porozstawiali rekonstruktorzy. Zjechało ich ponad 500. W obozowisku trwa poranna krzątanina, wszędzie płoną ogniska - mężowie, białogłowy i dziatwa spożywają śniadanie.

Tak można stać się mężczyzną

W tym roku rekonstruktorzy prezentują publiczności ścieżkę życiową, jaką podążali chłopcy: od narodzin, przez postrzyżyny, naukę wojennego rzemiosła, aż po bohaterską śmierć na polu bitwy.

I rzeczywiście - wśród lamentów jasnowłosej białogłowy, kilku mężczyzn pochyla się nad ośmiolatkiem. To chłopiec, który właśnie przechodzi oficjalnie spod opieki matki pod ojcowską, męską kuratelę. Po postrzyżynach staje się mężczyzną. Jeden z wojów wręcza mu miecz, otrzymuje też imię. Teraz to ojciec musi podjąć decyzję, kim stanie się jego potomek - czy podejmie naukę rzemiosła w którymś z grodowych warsztatów, czy zostanie wojownikiem.

Za chwilę rozpocznie się turniej łuczniczy z udziałem kilkudziesięciu wojowników. Ma trwać przez dwa dni.

W innej części obozowiska pokaz walk: uzbrojeni zawodnicy pod czujnym okiem sędziów walczą o laur najlepszego woja turnieju. Uzbrojeni są w miecze, topory piki i drewniane tarcze. Na środku tarcz żelazne umba, wzmacniające ich konstrukcję, a dookoła wymalowane rodowe barwy. Nad polem bitwy unosi się donośny szczęk oręża i łopoczą proporce poszczególnych drużyn. - Też bym tak walczył - marzy oglądający zmagania wojów dziesięcioletni Piotrek, który przyjechał do Trzcinicy z Sanoka.

Na ubitej ziemi trwają walki, a my idziemy zwiedzać średniowieczne obozowisko. W namiotach poustawiano  tu drewniane ławy - najlepszy sposób na to, by z bliska przyjrzeć się pracy rzemieślników.

Są powroźnicy, garncarze, płatnerze, jubilerzy, farbiarze, tkacze, plecionkarze, wytwórcy łuków i strzał. Wielkim powodzeniem cieszą się wypiekane na ogniu podpłomyki, a z ich twórcami można porozmawiać o przepisach i prastarych recepturach.

Pięknie prezentują się stragany z biżuterią. Wszystkie okazy wykonano w oparciu o historyczne wzorce. Zachwycające bransoletki, misternie wyplatane z drutów, tzw. splot wikiński, cieszą się chyba największym powodzeniem. Nie odstrasza nawet ich cena - często wynosząca kilkaset złotych. Wszystkie wyroby zasługują na miano małych dzieł sztuki.

- Poproszę taki wisiorek - zwraca się do przebranej za Słowiankę dziewczyny wielbicielka ozdób. - To wikiński młot Thora - wyjaśnia Anna Grochmal z Krosna, która przyjechała na festyn w towarzystwie swojego chłopaka. - On przebiera się w zbroję, bo zaraz będzie inscenizacja zdobywania grodu - dodaje. Choć żadne z nich nie jest historykiem czy archeologiem, ich pasją stały się takie właśnie tematyczne zloty.

Tym razem Trzcinica ocalała

Drużyna Wojów Piastowskich "Jantar" przygotowuje tymczasem inscenizację najazdu. - Czy w tym roku książę trzcinicki wraz ze swoją drużyną zdoła obronić gród? - wśród hałasu przebija się dramatyczne pytanie prowadzącego imprezę archeologa z Drużyny Wojów Wiślańskich "Krak". Za chwilę wszystkiego się dowiemy.

Wśród bojowych okrzyków dwa rzędy walczących nacierają na siebie z impetem - tłum gapiów gęstnieje, a jedynym ratunkiem dla nieco przestraszonych, ciekawskich maluchów stają  się ojcowskie ramiona. Kiedy cichnie szczęk mieczy i toporów, okazuje się, że tym razem Trzcinica ocalała. Zwycięska drużyna skanduje w stronę księcia słowo "sława" - rodzaj średniowiecznego chwała mu, niech żyje.

- Nasz festiwal, choć organizujemy go dopiero czwarty raz, ma wśród odtwórców renomę - mówi pracująca w Karpackiej Troi Magdalena Ślawska. Przyznaje, że organizatorzy dbają bardzo o historyczne realia imprezy. Nie wpuszcza się tu straganów, oferujących chińskie zabawki, a goście, którzymają ochotę na kanapkę, hamburgera czy colę, muszą poszukać budek z jedzeniem poza obszarem skansenu. Nie ma tu także gości z piwem...

"Wdowy płaczą, mężczyźni w paradnych strojach..."

Kiedy cichną odgłosy bitwy o gród, ze średniowiecznej części skansenu rozlega się donośny płacz kobiet. W największej chatce, na marach, złożono oto ciało zabitego w bitwie kasztelana. Wdowy płaczą, mężczyźni w paradnych strojach zachowują pełną powagi ciszę.

- To już ostatnie wydarzenie z życia postrzyganego z rana pacholęcia. Został wspaniałym wojem, potem kasztelanem, miał wiele żon i spłodził wiele dzieci - synów i córek. Dziś zginął bohaterską śmiercią broniąc swego grodu przed najeźdźcami - wyjaśnia jeden z odtwórców.

Na drewnianych marach - pogrzebowych noszach, nakryty czerwonym, najlepszym płaszczem - dobry kasztelan niesiony jest na ramionach swych towarzyszy na miejsce ciałopalenia. O dziwo, nawet gapie wczuwają się w sytuację. W obozowisku robi się dziwnie cicho... Słychać jedynie lamentujące kobiety.

Kiedy smutny orszak przybywa na miejsce, gdzie już wcześniej ułożono pogrzebowy stos, mężowie i białogłowy żegnają swego przywódcę. Po chwili stos zaczyna płonąć. Języki ognia najpierw nieco nieśmiało, potem już pewniej, liżą drewniane bale, by po chwili wybuchnąć prosto w niebo. - Kiedy stos przestanie płonąć, szczątki kasztelana zostaną włożone do urny zwanej popielnicą i wraz z nią zakopane w ziemi - mówi Jan Gancarski, dyrektor trzcinickiego skansenu.

Na razie jednak obok płonącego stosu rozpoczyna się tryzna - turniej na cześć zmarłego. Oprócz trzaskającego wesoło ognia znów słychać dźwięk mieczy i toporów.

Zapada zmierzch. Wciąż toczą walki, ale znad obozowych ognisk unoszą się zapachy pieczonego mięsiwa. Obozowisko szykuje się do kolacji. Znużeni rekonstruktorzy przyznają, że po znojnym dniu marzy im się ciepła strawa i łyk zimnego piwa. A potem w wymoszczonych skórami i słomą namiotach wraz z rodzinami układać się będą do snu.

Nadchodzi noc. Skansen opuszczają ostatni widzowie. Już tylko płonące ogniska rozświetlają mrok. Dla Karpackiej Troi i jej tymczasowych mieszkańców to chwila zasłużonego odpoczynku. Następne takie święto dopiero w przyszłym roku.

Katarzyna Olejarczyk

Dowiedz się więcej na temat: archeologia | obyczaje | Karpacka Troja

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy