Reklama

Reklama

Narzucam swoją wolę, reżyseruję, wymagam...

Gdyby był aktorem, grałby w drugim planie - poseł PO Grzegorz Schetyna, sekretarz generalny Platformy Obywatelskiej.

43 lata, żona Kalina i nastoletnia córka Natalia. Absolwent Wydziału Filozoficzno-Historycznego na Uniwersytecie Wrocławskim. Przez kilka lat był na tej uczelni przewodniczącym Niezależnego Zrzeszenia Studentów.

Reklama

W 1991 roku został najmłodszym w Polsce wicewojewodą - funkcję sprawował we Wrocławiu. W latach 90. zakładał na Dolnym Śląsku Radio Eska. Do niedawna był właścicielem koszykarskiego klubu Śląsk Wrocław. W polityce obecny od wielu lat, najpierw należał do KLD, potem do Unii Wolności, obecnie jest sekretarzem generalnym PO. Prawa ręka Donalda Tuska, z którym przyjaźni się od kilkunastu lat.

Gdyby był aktorem, grałby w drugim planie. Zapewne postacie, których nie zauważa się od razu, ale bez których nie jest możliwy żaden zwrot akcji. Jeśli spełniłoby się jego młodzieńcze marzenie, żeby zostać piłkarzem, biegałby zapewne w środkowej części pola, tam gdzie zapadają taktyczne decyzje. Potem bez wątpienia zostałby trenerem - wymagającym i bezkompromisowym.

Życie i splot wielu okoliczności zadecydowały jednak inaczej i Grzegorz Schetyna od kilkunastu lat gra swoją rolę w polityce. Nie wszyscy rozpoznają jego twarz, bo najczęściej stoi nieco z boku, pół kroku za swoim szefem i przyjacielem, przewodniczącym PO Donaldem Tuskiem.

Nie mam czasu

Niemal biegniemy sejmowym korytarzem. Nie chcę poślizgnąć się na kamiennych posadzkach, a na obcasach ledwo nadążam za Grzegorzem Schetyną. A jednak i tak jestem bliska wywrotki, gdy w pół drogi próbuje nas zatrzymać jakaś radiowa reporterka, z najwyraźniej niewielkim - parlamentarnym stażem: - Panie pośle, wypowie się pan dla mojego radia, bo mnie Tusk wystawił do wiatru! - woła za sekretarzem partii, a ja nie wierzę własnym uszom. Nie mam jednak kiedy zastanawiać się nad upadkiem dziennikarskich obyczajów, bo gnamy dalej: - Nie mam czasu - rzuca tylko w odpowiedzi Schetyna, najwyraźniej niezrażony specyficzną bezpośredniością reporterki. - Nie mam czasu - powtarza jak mantrę, gdy rozmawiamy, a mnie nie opuszcza wrażenie, że biorę udział w jakimś szalonym wyścigu ze wszystkimi zegarami świata i na pewno nie zdążę zadać kolejnego pytania.

"Moją największą wadą jest ciągłe spóźnianie się. Może zresztą nie największą, ale dla mnie na pewno najbardziej dotkliwą, z czym źle mi się żyje" - tłumaczy mi ten nieustanny pośpiech. "Zawsze byłem punktualny, nigdy nie lubiłem jak inni się spóźniają, ale gdy zacząłem zajmować się aktywnością publiczną, to szybko dochodziły kolejne obowiązki. Teraz doszło do tego, że przyjście na spotkanie 5 czy 10 minut później uważam za coś normalnego. Wciąż jednak źle się z tym czuję i dlatego próbuję z tym walczyć".

Prawo i obowiązek

Ciemny blondyn, wzrost - między średnim a wysokim, trochę jakby nieśmiałe, zagubione spojrzenie. Na pewno nie wygląda na wrocławskiego kardynała Richelieu, jak ponoć w tym mieście o nim mówią. Raczej kojarzy mi się z rosyjskim multimilionerem Romanem Abramowiczem - też robiącym wrażenie, jakby sam sobie zadawał pytanie: "co ja tutaj robię". Wielki strateg, konsekwetnie realizujący swoje cele i w ogóle niespragniony medialnej popularności.

Nie wiem, jakim szefem jest Abramowicz, ale Schetynie ponoć zdarza się rozmawiać ze współpracownikami w krótkich, żołnierskich słowach. W parze z Donaldem Tuskiem to on jest zawsze złym policjantem: "Polityka nie jest wyłącznie czymś przyjemnym, ma też elementy trudne, prawda? - zadaje retoryczne pytanie. Zawsze musi być ktoś, kto taką trudną prawdę przekaże. Często jest to zadanie osoby, która nadzoruje struktury, tak jak sekretarz generalny. I choćby dlatego często jestem to ja".

Polityk przyznaje, że jest trudnym szefem: "Wymagam wiele od innych, ale to dlatego, że najwięcej wymagam od siebie. To moje prawo i obowiązek. Ludzie, którzy ze mną pracują, muszą liczyć się z tym, że oczekuję samodyscypliny. Pewnie ci, którym nie odpowiada taka formuła, trochę narzekają".

A czy egzekwując od współpracowników ich obowiązki przeklina, jak to opisał swego czasu jeden z tygodników?

- Staram się nie, na pewno nie przeklinam publicznie. Wie pani, jak to jest w Polsce, najważniejsze - dać komuś etykietę, przyprawić gębę. Ja mam akurat taką twarz - człowieka niedostępnego, dosadnego. Taką etykietę mi przyklejono.

Grzegorz Schetyna ma do siebie dystans, otwarcie wymienia swoje wady: zdarza mu się zbyt szybko formułować oceny, jest zbyt wymagający, zapomina, że ludzie inaczej pracują, inaczej rozumują. Tolerancji dla ludzkiej słabości, odmienności wciąż się jednak uczy: "Staram się być tolerancyjny, nie egzekwować od innych tyle, co od siebie".

Choć nie jest to proste, potrafi wycofać się z jakiejś opinii, powiedzieć: pomyliłem się. Najtrudniej przekonać go do zmiany politycznych koncepcji, tu - podkreśla - jest bardzo konsekwentny.

"To jest właśnie w polityce najtrudniejsze, bo politycy zawsze mają rację, są przecież najmądrzejsi" - śmieje się poseł. "Zresztą Polacy w ogóle tacy są, to nasz charakter narodowy. Na wszystkim się znamy, wszystko najlepiej wiemy. Nie lubię takiego besserwisserstwa. Uważam, że taki nie jestem".

Są sprawy ważniejsze

Nie jest z gatunku tych, którzy po to, by żyć, żywią się wyłącznie polityką. Na co dzień musi mu wystarczyć kontakt telefoniczny z żoną i córką, za to w piątek wraca do nich z radością. Na trasie między Warszawą a Wrocławiem mijają wszystkie sejmowe emocje i gdy po kilkugodzinnej podróży wchodzi do domu, nie ma już ochoty na kontynuowanie politycznych sporów z najbliższymi.

"Pewnie, że rozmawiamy z żoną o polityce, różnimy się nawet w ocenie niektórych zjawisk czy sytuacji, ale ja zawsze odpuszczam. Spierać się o politykę, przenosić różnice zdań z Sejmu do domu, to byłaby paranoja, dowód, że żyję w jakimś matriksie".

Woli rozmawiać na wiele innych tematów, które - jak mówi - są ważniejsze od polityki. We Wrocławiu ma nareszcie czas, by pobyć z szesnastoletnią córką. Odwozi Natalię do szkoły, rozmawiają o historii, muzyce czy koszykówce, która jest ich wspólną pasją.

"Dom to dom, wszystko, co najlepsze. To fundament do tego, żeby normalnie funkcjonować. Tam staję się swoim własnym przeciwieństwem - jestem miękki, otwarty na argumenty". Pani Kalina zarzuca nawet niekiedy mężowi, że w sprawach wychowawczych brak mu zawodowej konsekwencji, rozpieszcza córkę, i - odwrotnie niż w polityce - jest zbyt tolerancyjny, za mało wymaga. Grzegorz Schetyna przyznaje, że w ten - nie najlepszy może - sposób próbuje wynagrodzić Natalii swoją częstą nieobecność.

Stara się przekazywać córce rodzinną tradycję, wspomina ważne wydarzenia, w których sam brał udział. Niedawno opowiedział Natalii historię ich nazwiska, którą też dopiero co poznał: "W 1812 roku ranny oficer napoleoński, który wracał spod Moskwy, zatrzymał się w Trembowli na dzisiejszej Ukrainie. Był współwłaścicielem fabryki wody we Francji. Nazywał się De'Chatin, czyli ?z Chetyna?. Został w Polsce, założył rodzinę i stąd nasze nazwisko. Pani z Warszawy, która ma dokumenty właśnie z Trembowli, odnalazła mnie w Sejmie i opowiedziała tę historię. Córka wie też, że moja rodzina pochodzi spod Lwowa, a rodzice walczyli w Armii Krajowej. Po nich odziedziczyłem krytyczny stosunek do ustroju komunistycznego. Zacząłem studiować w 1981 roku, w listopadzie były strajki na Uniwersytecie Wrocławskim i to dodatkowo sprawiło, że zaangażowałem się w działalność polityczną".

Choć to wszystko zadecydowało kiedyś o jego wyborze drogi życiowej, dziś Grzegorz Schetyna nie wymaga, by Natalia przeżywała te same wzruszenia, słuchając np. piosenek Kaczmarskiego: "Wiem, że nie będzie i nie chcę, żeby się zachwycała. To był pewien czas wspólny dla mojego pokolenia, ale obcy dla jej generacji. Chcę tylko, żeby pamiętała o zasadach, wiedziała, skąd pochodzi. Marzę, żeby była wolnym człowiekiem, dumnym z kraju, w którym żyje. Ale nie chcę, żeby się wzruszała na myśl o tym, że ja w 1980 roku byłem na strajku czy obalałem komunę. Jeśli jej to nie interesuje, ma do tego święte prawo".

Poseł wierzy, że dużo lepsze od oglądania się wstecz jest patrzenie przed siebie.

- Zgadza się pan, że postęp i rozwój jest wtedy, kiedy cały czas chce nam się coś zmieniać.

Walczyć, próbować, zmieniać... Tak, i dlatego, choć moim ulubionym wykonawcą był i będzie zespół U2, doceniam też nowych wykonawców, jestem w stanie z córką słuchać jej ulubionej muzyki. U2 będzie zawsze częścią mojego życia, Kaczmarski częścią młodości. Ale teraz słucham z Natalią Shakiry, uważam, że ma świetny głos, akceptuję tę muzykę, doceniam wykonanie i aranżacje.

Jako 30-latek stworzył wraz z przyjaciółmi jedną z pierwszych w Polsce lokalnych rozgłośni komercyjnych. Radio Eska było młode, dynamiczne, nowoczesne, dokładnie takie jak jego założyciele. Teraz, po 13 latach, gdyby znów zakładał swoje radio, grałoby już na zupełnie inną nutę.

"Teraz słucham TOK FM, bo kiedy nie mam czasu na analizę, czytanie gazet, to słucham radia, a w nim polityków. Ale wieczorami, żeby dojść do siebie po całym dniu, słucham już tylko muzyki. Moje radio dzisiaj byłoby zupełnie inne niż tamta Eska. Teraz mam 43 lata i zrobiłbym radio spokojniejsze, a za dziesięć lat tobym zrobił już bardzo spokojne radio" - śmieje się polityk. "Gdy włączam RMF Classic, moje dziecko łapie się za głowę. Natalia jeszcze nie rozumie, że takiej muzyki też trzeba czasami posłuchać".

Moja prawdziwa miłość

Przez 12 lat Grzegorz Schetyna był właścicielem klubu koszykarskiego Śląsk Wrocław. Swoje udziały sprzedał zaledwie kilka miesięcy temu, bo - jak przyznaje - zweryfikował poglądy na temat styku polityki i biznesu.

Ale jego miłość do koszykówki nie musi być sformalizowana, wciąż pasjonują go wyniki drużyn, sam też chętnie nadal staje na boisku. We Wrocławiu gra w koszykówkę, w Warszawie - dwa razy w tygodniu jest piłkarzem w drużynie Platformy Obywatelskiej: "Namawiamy z kolegami PiS, żeby z nami zagrał, ale oni boją się nas. Mamy bardzo dobrych zawodników".

Co tak fascynuje posła w zespołowym bieganiu za piłką? "W czasie gry emocje są prawdziwe, nieudawane. Najlepszy dowód, że tak wiele osób im ulega. Sport to moja prawdziwa miłość. Kocham piłkę nożną, kocham koszykówkę. To dwie rzeczy, które są mi bliższe niż polityka".

Na boisku Schetyna jest chyba jeszcze trudniejszym przeciwnikiem niż w Sejmie. Bez żadnych ustępstw (za to rzucając od czasu do czasu przekleństwo - nie zaprzecza), dyktuje swoją wolę: "Niektórzy mówią, że ze mną trudno się gra. Jestem reżyserem gry, zawsze w środku pola, więc jeszcze bardziej niż w polityce egzekwuję dyscyplinę taktyczną. Nie cierpię ludzi, którzy grają samolubnie, nie oddają piłki, zapominają, że to gra zespołowa".

Schetyna, podobnie jak Tusk, bardzo chciał kiedyś zostać zawodowym piłkarzem, dzisiaj zdaje sobie doskonale sprawę, że pozostanie to w jego życiu niespełnionym marzeniem: "Donald Tusk mówił pani, że marzył kiedyś o strzeleniu bramki na mistrzostwach świata? No tak, tylko zapomniał dodać, że to ja chciałbym mu podać piłkę".

Agnieszka Laskowska

Więcej newsów znajdziesz
w aplikacji INTERIA
Pobierz aplikację

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy