Reklama

Reklama

Oni zaczęli mówić o Katyniu

13 kwietnia 1943 r. radio berlińskie podało komunikat o odnalezieniu w lesie katyńskim zwłok 12 tys. polskich oficerów. - Niemcy poinformowali, że odpowiedzialni są Sowieci, ale nie podali żadnej dokumentacji. Dlatego początkowo im nie wierzyliśmy - mówi prof. Andrzej Kostrzewski, w młodości aktywny żołnierz AK i WiN, współzałożyciel Instytutu Katyńskiego.

- 14 kwietnia rosyjska agencja TASS ogłosiła, że znaleziono jakieś zwłoki w Katyniu, ale że tam już w latach 20. były prowadzone prace archeologiczne, a zatem o to odkrycie chodzi. Parę dni później Niemcy podali, że w grobach znaleziono polskie mundury, z polskimi guzikami, z polskim orłem, a zatem o żadnej archeologii mowy być nie może. To potwierdziło od razu, kto dokonał zbrodni - opowiada profesor Kostrzewski.

Reklama

- Mój ojciec oczekiwał na powrót z wojny najmłodszego brata, Józefa, podporucznika, o którym wiedział, że jest w niewoli radzieckiej. Kiedy gruchnęła wiadomość o Katyniu, byliśmy pewni, że on tam zginął - mówi Adam Macedoński, malarz, rysownik, a przede wszystkim znany działacz opozycyjny, m.in. założyciel konspiracyjnego Instytutu Katyńskiego. - Z tym, że nikt nie wiedział wtedy, że są inne miejsca śmierci niż Katyń. Ojciec pisał po wojnie do Czerwonego Krzyża o listy zamordowanych, ale oni ich nie mieli. Ponieważ ojciec miał kontakty z podziemiem, dostał z Londynu listę wywózkową wydrukowaną w Belgii, na której znalazł imię swojego ukochanego brata.

- Józek Macedoński zginął w Charkowie. Do tej pory upewniano ojca, że taki silny, młody chłopak na pewno uciekł z niewoli. Ale lista wysyłkowa potwierdziła najgorsze - opowiada Macedoński.

- Wiedzieliśmy, że był obóz w Kozielsku i Katyń, bo to podali Niemcy, ale nie wiedzieliśmy jeszcze, co się stało z więźniami z obozów w Starobielsku i Ostaszkowie, bo to wyszło dopiero po 1990 roku, kiedy ujawniono listy wywózkowe - mówi profesor Kostrzewski. - W Katyniu zginął brat mojej matki, Jan Liling, oficer zawodowy.

Przerwać zmowę milczenia

- Z początku tylko opowiadałem kolegom, tak jak mój ojciec, o Katyniu, o Sybirze, o inwazji Armii Czerwonej - wspomina początki Instytutu Katyńskiego Adam Macedoński. - Czekałem, aż ktoś ze starszej elity podniesie sprawę Katynia, tak jak na Zachodzie. Każdy polityk komunista mógł zażądać ukarania tych zbrodniarzy, albo biskup w kościele, ale widocznie nikt nie miał odwagi. Nie dziwię się, jak ktoś miał rodzinę, ale było mi wstyd. Postanowiłem zorganizować strukturę konspiracyjną, która będzie zbierać dokumentację, apelować o konserwowanie listów i pamiątek po ofiarach i zamawiać co roku w kwietniu mszę katyńską.

- Z Adamem skontaktował mnie Stanisław Tor, którzy też się interesował sprawą Katynia - wspomina Kostrzewski. - Niebezpieczeństwo polegało na tym, że mogli nas za naruszanie przyjaźni i sojuszu ze Związkiem Radzieckim aresztować, ale Polska już wtedy ratyfikowała Układ Helsiński, który dopuszczał, a nawet dawał prawo do wyrażania swoich poglądów. O ile wiem, Macedoński potem się tak tłumaczył, kiedy był przesłuchiwany.

- Instytut Katyński został zawiązany w zimie 1977/78 , ale najpierw przez rok w całkowitej konspiracji drukował ulotki i literaturę. Ustaliśmy, że dopiero w kwietniu 79. się ujawnimy, a wcześniej rzucimy w te organizacje, które już istnieją, nasze ulotki i biuletyny - wyjaśnia Adam Macedoński. - Ujawniliśmy tylko moje nazwisko i adres dla chętnych do współpracy, żeby jak najdłużej zostać w podziemiu, bo cenzura działała. Współpracowałem wtedy też z KOREM, ROPCIEM i obcy ciągle czekali na mnie pod domem, ale nauczyłem się wychodzić po dachach, innymi schodami, gubić ogon. W moim budynku był też sklep mięsny, pod którym dzień i noc stała kolejka, więc było to idealne miejsce do konspiracji. Można było bez trudu wmieszać się w tłum i trafić do mnie. Metoda okazała się słuszna, ludzie przychodzili.

Zagraniczne źródła

- Moją inicjatywą było to, że stowarzyszenie musi mieć swoje wydawnictwo, żeby ktoś się o nim dowiedział. Wtedy zaproponowałem wydawanie Biuletynu Instytutu Katyńskiego w Polsce - wspomina Kostrzewski. - Ukazało się tych biuletynów 32 numery, w okresie od 1978 do grudnia 1981 roku. Potem przyszedł stan wojenny. Następnie, w 1992 r., Instytut Katyński w Polsce został zarejestrowany formalnie w sądzie i zaczęła wychodzić druga seria biuletynu. W sumie 12 numerów - kontynuuje Kostrzewski.

- Materiały przychodziły z różnych źródeł. Niektóre przywiozłem z Londynu, ponieważ mój ojciec trafił tam po okupacji. W 1968 r. dostałem paszport, żebym się z nim mógł skontaktować. Z Londynu przywiozłem m.in. książki generała Andersa i bardzo ważne opracowanie angielskie, dotyczące komisji Kongresu Stanów Zjednoczonych, tzw. Komisji Maddena, i procesu Norymberskiego - relacjonuje prof. Kostrzewski. - Paradoksalnie mieliśmy dosyć dużo źródeł zagranicznych i na tej podstawie redagowaliśmy biuletyn. Drukowaliśmy też zapisy cenzury zabraniające mówienia o Katyniu i pisania na symbolicznych grobowcach prawdziwej daty śmierci poległych w Katyniu.

Tylko nie teraz

- W kwietniu i maju dokooptowaliśmy dwie ważne osoby. Kazik Godłowski, jeden z największych archeologów europejskich, który dużo podróżował na badania, przywoził nam materiały. Jego ojciec Włodzimierz też zginął w Katyniu. Druga osoba to Leszek Martini, były więzień sowiecki, który świetnie znał niemiecki. Przetłumaczył raport Owena O'Malleya i raport oficera NKWD o likwidacji trzech obozów (Kozielsk, Ostaszków, Starobielsk), przywiezione przez Kazika, a Andrzej tłumaczył raport specjalnej komisji Kongresu USA z 1952 roku - mówi Macedoński.

- Macedoński, niejako ujawniony, brał ode mnie napisany na maszynie biuletyn do drukarni i do kolportażu. Natomiast ja byłem w ogóle nieujawniony, żeby moje materiały z zagranicy nie trafiły w ręce UB - wspomina prof. Kostrzewski.

- Za zajmowanie się sprawą Katynia groziło ciągłe przesłuchiwanie, nękanie - grzeczne, ale nieprzyjemne. Najbardziej się bałem rosyjskich służb. Myślę teraz, że ubecy mnie bronili i nie puszczali dalej mojej sprawy. Cały czas mówili, że wiedzą o Katyniu, że to ujawnią, tylko nie teraz. To, że żyję, to chyba im zawdzięczam. Jakiś ubek bardzo inteligentnie pisał, że to sporadyczny szpan przed dziewczynami i nie stanowię zagrożenia. Być może ktoś mnie tam bronił. Nie wiem - wspomina Macedoński.

Katyńskie tajemnice

- W 50. rocznicę ujawnienia sprawy przez Niemców Rosjanie potwierdzili swoją winę w komunikacie TASS. Przyznali się do odpowiedzialności moralnej i politycznej. Nie było napisane wyraźnie, że ponoszą też odpowiedzialność prawną i to zamknęło drogę to ukarania bezpośrednich sprawców, którzy jeszcze wtedy żyli. Na tej podstawie nie można się też ubiegać o akty zgonu. Jest to zresztą metoda rosyjska, nie tylko w tej sprawie. Zbrodnia jest, ale nie ma winnych - żali się profesor Kostrzewski. - Mamy listy wywózkowe i wiemy, kogo ekshumowano w Katyniu, ale Rosja do dnia dzisiejszego nie wydaje aktów zgonu, które są potrzebne do postępowania spadkowego. Nie możemy też doczekać się teczek przesłuchań. Prokuratura rosyjska do chwili obecnej mówi, że ci oficerowie będą rehabilitowani. Nie można ich rehabilitować, bo oni wyroku nie mieli. Rosjanie do tej pory starają się rozmazywać sprawę.

- Zbrodni o takim zasięgu, cynizmie, precyzji i celowości, ze zdemoralizowaniem wszystkich, włącznie z zachodem - jak zbrodnia katyńska - w historii cywilizacji nie było - mówi Macedoński. - Naszym powołaniem jest pokazać, do czego prowadzi taki polityczny cynizm, ostrzegać, że to była próba ucięcia głowy narodu polskiego, próba jego likwidacji.

- Mało kto wie, że sprawa Katynia ma swoje tajemnice. Że trzech książąt polskich, o których starały się rodziny królewskie, Rosjanie wypuścili z honorami. Oni wyjechali na zachód, zaalarmowali rząd Sikorskiego, ale ten nie zareagował, choć mógł im uratować życie. Bo nienawidził Piłsudskiego, a to byli w większości piłsudczycy - relacjonuje założyciel Instytutu. - Albo to, że wszystkich kapłanów, nie tylko chrześcijańskich, uśmiercono w wigilię Bożego Narodzenia. Ma to cechy satanizmu. Sprawia, że Katyń przestaje być normalną zbrodnią ludobójstwa i zahacza o jakieś niesamowite dno.

Cisza na sali

- Instytut Katyński w Polsce zawiesił działalność w 2005 roku, kiedy prezesem IPN został profesor Janusz Kurtyka i IPN, jako instytucja państwowa, w końcu przejął badanie zbrodni katyńskiej - mówi Kostrzewski.

- Instytut zawiesił działalność urzędową, ale bierzemy udział w dyskusjach o Katyniu. Należę do Fundacji Katyńskiej, do Niezależnego Komitetu Historycznego Badania Zbrodni Katyńskiej. Rodziny Katyńskie przejęły te działania. Powstał film. Już można o Katyniu pisać. Przekazujemy sprawę młodszym i silniejszym od nas - podsumowuje Macedoński.

- Zainteresowanie młodych ludzi niewątpliwie jest, ale kiedy jest akurat rocznica, obchody, relacja w telewizji. Tylko wtedy, aż do następnej rocznicy. Ale to normalne koleje rzeczy ze wszystkimi wydarzeniami historycznymi - ocenia profesor Kostrzewski.

- Miałem mnóstwo prelekcji w gimnazjach, oazach i kościołach - wspomina Adam Macedoński. - Zaczynałem zawsze od tego, że zginął tam mój stryj, a potem mówiłem, że zginęli naukowcy, pisarze, nauczyciele, sportowcy, poeci, malarze, działacze społeczni. Że wystarczy zlikwidować elitę, żeby zaatakować naród. Zawsze towarzyszyła temu cisza.

Wrogowie władzy

Według notatki szefa Zarządu NKWD ds. Jeńców Wojennych - majora Soprunienki z lutego 1940 r., z około 15 tysięcy wyselekcjonowanych jeńców, którzy znaleźli się w rękach sowieckich w wyniku napaści ZSRR na Polskę 17 września 1939 r., aż 8442 stanowili oficerowie czynni lub rezerwy - przedstawiciele inteligencji polskiej i wysokiej klasy specjaliści. Byli wśród nich lekarze, profesorowie akademiccy, wysokiej rangi urzędnicy, księża. W obozach w Starobielsku i Kozielsku osadzono oficerów Wojska Polskiego, w tym także rezerwistów, natomiast w obozie w Ostaszkowie umieszczono polskich policjantów, strażników więziennych i pracowników wymiaru sprawiedliwości.

W początkowym okresie jeńców traktowano z poszanowaniem zasad i praw wojennych. Umożliwiono im korespondencję z rodzinami. Mimo propagandowych działań reedukacyjnych, jeńcy ostentacyjnie manifestowali nastroje patriotyczne i przywiązanie do religii.

Wczesną wiosną 1940 r. rozpuszczono pogłoski, że jeńcy zostaną przekazani Niemcom. Wśród uwięzionych przeprowadzono ankietę z pytaniem, gdzie chcieliby się udać po opuszczeniu obozu. Większość wybierała kraje neutralne, a tylko nieliczni deklarowali pozostanie w ZSRR. Kierownictwo NKWD uznało na tej podstawie, że polscy jeńcy obozów specjalnych nie rokują nadziei na reedukację i konieczne są bardziej radykalne rozwiązania.

5 marca 1940 r. Ludowy Komisarz Spraw Wewnętrznych ZSRR Ławrentij Beria przedstawił Józefowi Stalinowi notatkę ze swoją propozycją rozwiązania tej sprawy. Na notatce tej Stalin odręcznie wpisał swoją akceptację i tego samego dnia Biuro Polityczne Komitetu Centralnego WKP (b) podjęło decyzję o następującym poleceniu dla NKWD ZSRR:

"1. Sprawy znajdujących się w obozach dla jeńców wojennych 14 700 osób, byłych polskich oficerów, urzędników, obszarników, policjantów, agentów wywiadu, żandarmów, osadników i służby więziennej

2. Jak też sprawy aresztowanych i znajdujących się w więzieniach w zachodnich obwodach Ukrainy i Białorusi 11000 osób, członków różnorakich kontrrewolucyjnych organizacji, byłych obszarników, fabrykantów, byłych polskich oficerów, urzędników i uciekinierów

- rozpatrzyć w trybie specjalnym, z zastosowaniem wobec nich najwyższego wymiaru kary - rozstrzelanie.

- sprawy rozpatrzyć bez wzywania aresztowanych i bez przedstawiania zarzutów...".

Zgodnie z tym dekretem, NKWD rozstrzelało wiosną 1940 roku ok. 22 tys. obywateli polskich, w tym 15 tys. oficerów, policjantów, funkcjonariuszy straży granicznej i służby więziennej.

Z fragmentów notatki Berii wynika motywacja tej decyzji: "wszyscy oni są zawziętymi wrogami władzy radzieckiej, każdy z nich oczekuje oswobodzenia, by uzyskać możliwość aktywnego włączenia się w walkę przeciwko władzy radzieckiej".

Dowiedz się więcej na temat: Nie | Katyń

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy