Reklama

Reklama

Prof. Janusz Skalski: Nie jesteśmy cudotwórcami

Twierdzi, że nie jest cudotwórcą, ale nie boi się mówić o cudzie. Tym medycznym, bo w finansach szpitala znakomita opieka nad małym Adasiem i uratowanie chłopca z głębokiej hipotermii nic nie zmieni. O aktualnym stanie zdrowia i postępach w rehabilitacji dwulatka, pojęciu cudu w medycynie i poziomie polskiej służby zdrowia opowiada w rozmowie z Interią prof. Janusz Skalski, kierownik Kliniki Kardiochirurgii Dziecięcej z Uniwersyteckiego Szpitala Dziecięcego w Krakowie.

Dariusz Jaroń, Interia: Panie profesorze, jakie są ostatnie wieści w sprawie małego Adasia?

Reklama

Prof. Janusz Skalski: - Nic się nie zmieniło. Jego stan intelektualny jest dobry, ale wymaga długotrwałej rehabilitacji ruchowej. Na efekty potrzeba miesięcy. Tłumaczę, że rehabilitacja to nie jest chirurgia, gdzie idzie się na salę operacyjną, coś się wycina, przecina, zszywa i gotowe. Tutaj konieczna jest długotrwała i żmudna praca nad tym, żeby dziecko zaczęło normalnie posługiwać się kończynami. Świetnie posługuje się komputerem i  zabawkami, ale jest słabe. Nie stanie na nogach, nie utrzyma pozycji pionowej, pomimo tego, że wcześniej chodziło. Proszę się temu nie dziwić. Niska temperatura spowodowała mnóstwo uszkodzeń głęboko w tkankach.

Jak poważne są te uszkodzenia?

-  My ich nie widzimy. Nie jesteśmy w stanie ich nawet dokładnie rozeznać. Bo i po co? Widzimy skutki tego, że leżał na prawej stronie, że miał ją "odleżaną" - proszę nie mylić z odleżynami u przewlekle chorego człowieka. On nie ma żadnych ran. Ma idealnie gładką skórę. Żadnych zranień, odmrożeń. Z powodu wychłodzenia doszło natomiast do uszkodzeń głęboko położonych struktur - przede wszystkim nerwów i mięśni. Teraz wymaga intensywnych ćwiczeń mięśni szkieletowych. Intelektualnie, powtarzam, jest nad wyraz rozwiniętym dzieckiem. Pokazuje to bawiąc się, kontaktując się z otoczeniem. To jest dla nas najważniejsze, a zmian, jakie zaszły, nie dostrzeżemy w ciągu tygodnia czy dwóch. Potrzeba na to miesięcy.

Rehabilitacja to żmudny i długotrwały proces. Jak długotrwały w przypadku Adasia?

- Oskarżano mnie na forum publicznym, mówiono, że nie mam pojęcia o rehabilitacji, bo powiedziałem, że u Adasia będzie trwała miesiącami. To ja zapytam, ile ma trwać? Przecież on bardzo słabo porusza kończynami, czemu się wcale nie dziwię. Nam chodziło o pełne wybudzenie. Nie ucierpiały: serce, wątroba, nerki, jelita i, co najważniejsze, mózg, czyli pięć najważniejszych organów. Jak pozostałe ulegną uszkodzeniu, można z tym żyć, a w przypadku wielomiesięcznego wyćwiczenia, mogą wrócić w stu procentach do normy i gwarantuję, że tak będzie. Już teraz dziecko robi ogromne postępy i rehabilitacja postępuje dobrze.

Kiedy Adaś się wybudził, nie bał się pan profesor mówić o cudzie...

- Nie bałem się, ponieważ cud to bardzo dobre i uniwersalne określenie w języku polskim. Kiedy chcemy wyrazić wyjątkowe emocje, obojętnie czy ktoś jest wierzącym katolikiem, wyznawcą religii mojżeszowej czy muzułmaninem, powie o cudzie. Cudem nazywamy coś, czego do końca nie rozumiemy. Nie rozumiemy istoty zjawiska, nie wiemy, czemu coś się stało. To też określenie rzeczy wyjątkowej, piękna. Jak zobaczymy śliczną dziewczynę, powiemy o niej cud dziewczyna. Czy w tym jest sfera duchowa? To byłoby dużą przesadą. Jak pan widzi cud nie zawsze musi odnosić się do sfery mistycznej.

W przypadku Adasia do jakiej sfery się odnosił?

- Do każdej. To zależy od naszej głębi. Jeżeli jestem głęboko wierzącym katolikiem i zaczynam z pokorą myśleć o tym, że coś przerasta moje pojmowanie świata, to mówię, że zdarzył się cud w sferze religijnej. Jeżeli nie wiem jak nazwać to, co się wydarzyło, bo brakuje mi racjonalnego wytłumaczenia, tak samo się wyrażę. Myślę, że z jedną i drugą interpretacją trudno dyskutować. To jest bardzo dobre słowo, idealnie pasuje do takiej sytuacji.

Pytam o cud, bo rozgorzała wokół tego słowa niemała dyskusja. Słusznie?

- Uważam za spore nieporozumienie, że cały szereg ludzi, żeby nie powiedzieć kretynów, zaczyna o tym dyskutować na forach internetowych. "Jakim prawem on mówi o cudzie? To jest kwestia ludzkiej pracy" - tak mi pisali. Dobrze, niech sobie tak myślą, ją myślę inaczej. To nie powód żeby mnie wyzywać od durniów z PIS-u, a takie, i bardziej dosadne, hasła pod moim adresem padały. To tylko świadczy o braku kultury człowieka. Mam prawo używać różnych określeń, także tych, które zahaczają o sferę transcendentną. Chyba nie ma w tym nic złego.

Nie był pan profesor jedyną osobą, która określiła uratowanie Adasia cudem.

- Mogę panu pokazać maila od wysokiej klasy naukowca ze Stanów Zjednoczonych. Pan profesor Krzysztof Wroblewski ze słynnej placówki naukowo-badawczej z University of Pennsylvania pisze mi "to jest cud". Człowiek, który zajmuje się biochemią i biofizyką tkanek, który w tej materii przerasta nas intelektualnie o klasę, uznany specjalista światowego kalibru. Proszę, jakie potwierdzenie! Nie mówię głupot, dlatego tak żywo o tym dyskutuję. A że jestem katolikiem? Nie wypieram się tego. Nie widzę w tym ingerencji jakiegoś świętego, po prostu czuję, że to cudowna sytuacja, bo przerosła nasze oczekiwania.

Przypadek Adasia przerósł możliwości medycyny?

- Wręcz przeciwnie, pokazał jej możliwości. Teraz wiemy, że jesteśmy w stanie ratować pacjentów w takim stanie i nie powinniśmy odstępować od leczenia, jeżeli nie mamy pewności, czy pacjent jest skrajnie wychłodzony i jak długo pozostawał w takim stanie. Jeżeli nie wiemy, jak długo było zatrzymane krążenie, nie mamy prawa, jak widać po tym przypadku, odstępować od leczenia, o ile dysponuje się odpowiednią aparaturą. Bez niej w tego typu sytuacjach medycyna jest bezradna.

Mówi pan profesor, że w przypadku hipotermii kluczowa jest informacja o tym, jak długo zatrzymane było krążenie.

- Tak. W przypadku Adasia ten okres wyniósł 3-4 godziny. To jest coś niezrozumiałego, dotąd uważano, że godzina, najwyżej półtorej godziny zatrzymania krążenia w głębokiej hipotermii to w zasadzie pułap nie do przekroczenia dla lekarzy i pacjenta. Często na sali operacyjnej świadomie zatrzymujemy krążenie na 60-75 minut, ale na dłużej nie mamy odwagi, uważamy, że dojdzie do uszkodzeń. Tutaj nic się nie wydarzyło w centralnym systemie nerwowym. To rzeczywiście wykroczyło poza dotychczasowy standard myślowy.

Jeden z lekarzy opiekujących się chłopcem przyznał, że Adaś był co najmniej jedną nogą na tamtym świecie...

-  Kierując się określeniami ściśle medycznymi i przyjętymi kryteriami on był już umarłym człowiekiem. Nie było żadnych odruchów życia, nie było krążenia krwi, nie było oddechu, nie było odruchów neurologicznych, temperatura zewnętrzna ciała wynosiła pięć, a wewnętrzna 12,7 st. C. W takiej sytuacji medyczne kryteria mówią o zwłokach. W majestacie prawa można było odstąpić od wszelkich działań medycznych.

Kiedy zatem zapadła decyzja o ratowaniu życia dwulatka do samego końca?

- Ta znakomita, wspaniała decyzja, zapadła znacznie wcześniej. Podjął ją policjant, który znalazł dziecko. Wszyscy od początku do końca starali się chłopca uratować, nikt się nie zastanawiał. Jakbym z przekorą odwrócił naszą rozmowę, to tu jest właśnie ten cud. Mam do tych wszystkich osób ogromny szacunek, bo to ratownikom dziecko zawdzięcza życie, a nie jak często słyszę wyłącznie mnie. Akcją dobrze koordynował też dr Tomasz Darocha, organizator zespołu ds. leczenia wychłodzenia organizmu. Zadziałał cały łańcuszek ludzi. Jak znamy polskie realia - to coś wyjątkowego i godnego pochwały. Każdy odruchowo postąpił właściwie, a przecież w wiosce był płacz i zgrzytanie zębów. Sądzono, że dziecko nie żyje, podobno ksiądz miał je namaścić. I w takich warunkach od samego początku narzucono zgodny tryb, co również nas zobligowało do działania. Podłączając ciało, które nie daje znaków życia do aparatury, musiałem jednak podjąć niezwykle ważną decyzję.

Co pan profesor ma na myśli?

- Mówię o naruszeniu godności śmierci. Majestat śmierci ma swoje prawa. Jeżeli ktoś przywiezie do szpitala zwłoki i ja nie wierzę w to, że ten umarły człowiek może wrócić do życia, nie powinienem robić czegoś, co jest poza barierą godnego umierania. Mamy prawo do godnego życia, ale też do godnej śmierci. Żeby nikt nas nie bezcześcił, nie robił eksperymentów dla popisu i pieniędzy z NFZ-u za zrealizowaną procedurę. To zbrodnia etyczna.

Co o poziomie polskiej medycyny mówi bardzo medialna sprawa małego Adasia? O służbie zdrowia słyszymy głównie negatywne komentarze.

- Często mówimy, że wszystko jest źle, tymczasem osoby, które pierwszy raz spotkały się z takim przypadkiem, zachowały się niesłychanie profesjonalnie i nie popełnili przy tym najmniejszego błędu. Gdyby jeszcze chodziło o jednego, dwóch wyszkolonych specjalistów... ale to była cała kupa ludzi! To świadczy o tym, że medycyna w Polsce jest na wysokim poziomie. W kraju medycznie zacofanym ratowanie tak wychłodzonego organizmu nie miałoby szans powodzenia. Nie bez takiego sprzętu kardiochirurgicznego i tak dobrych specjalistów. Z polską medycyną nie jest tak źle, chociaż pieniędzy na pacjenta mamy wielokrotnie mniej niż na Zachodzie.

O wiele mniej?

- Powiedzmy, że kilkakrotnie, a czasem i dziesięciokrotnie mniej niż Niemcy, Francuzi, Anglicy czy Amerykanie - różnie się te statystyki układają w zależności od państwa. Dodajmy, że wyniki w kardiochirurgii mamy na takim samym poziomie, a kilka bogatszych krajów zachodnioeuropejskich pod tym względem wyprzedzamy.

- Pytał pan o poziom medycyny, o to, czy przypadek chłopca czymś nas zaskoczył. Otóż stosowanie hipotermii w kardiochirurgii jest normą. W naszym szpitalu stosujemy ją codziennie, albo przynajmniej 2-3 razy w tygodniu. Operowanie w hipotermii to znakomita metoda, żeby ułatwić życie chirurgowi, zapewnić mu komfort pracy, a jednocześnie zabezpieczyć pacjenta. Nawet jak aparatura zawiedzie, albo wystąpią niespodziewane komplikacje w polu operacyjnym, mamy margines czasowy, w czasie którego nic się pacjentowi nie stanie. Wychłodzenie organizmu pacjenta to fantastyczna metoda protekcji jego organów.

Do jakich wartości obniża się temperaturę pacjenta w czasie operacji?

- Wychładzamy pacjentów nawet do 12 stopni, a 14-15 stopni to najczęstszy zakres, jaki stosujemy u małych dzieci. Po schłodzeniu pacjenta do stanu głębokiej hipotermii możemy zatrzymać krążenie nawet na godzinę, wiedząc, że nic się nie stanie. To jest rutyną. Czasem nie musimy całkowicie zatrzymywać krążenia, ale hipotermia pozwala na istotne zwolnienie przepływu krwi, a to już bardzo ułatwia operację. Dlatego na pytania co było najtrudniejsze w przypadku Adasia, odpowiadam, że nic nie było trudnego... Oprócz decyzji. Decyzja była trudna, ale postępowanie rutynowe. Może trochę szybciej trzeba było działać, ale w tym zawodzie do szybkiego działania jesteśmy przyzwyczajeni. Jak dziecko umiera, działa się natychmiast.

Najgorsze było samo oczekiwanie na efekty walki o życie chłopca?

- Niepokój był wielki. Życzyliśmy temu dziecku jak najlepiej. Ogromnie chcieliśmy wszyscy, żeby się udało. Wiedzieliśmy, że nie popełniliśmy błędu, doszliśmy do ściany i robiliśmy to, co nakazywało sumienie. Stopniowy powrót poszczególnych organów do normalności to był za każdym razem skok radości. To się przeżywa. Świadomość, że idzie ku dobremu, że dzieję się coś pomyślnego.

W szpitalu codziennie po cichu ratowane jest życie i zdrowie wielu dzieci. O Adasiu było bardzo głośno w mediach.

- Naciski ze strony mediów nie były przyjemne. Wiem, że ludzie chcieli wiedzieć na bieżąco jaka jest sytuacja, myśleli z troską o chłopcu, oddawali mu swoje pozytywne emocje i modlili się za niego. Ale widziałem też, jak niektórzy dziennikarze szukali sensacji. Patrzyli na to dziecko jak na ciele z dwoma głowami, jak na dziwoląga. To niegodne człowieka. Mam odwagę powiedzieć, że to co zrobił "Super Express", publikując zdjęcia dziecka bez zgody rodziców i lekarzy, to jest podłość straszna. Wyrzuciłem ich dziennikarzy ze szpitala.

- Nie mam słów dla takiego postępowania. Wśród dziennikarzy, niech się pan nie obrazi, są szubrawcy. Jak w każdej profesji. Wśród lekarzy, prawników i duchownych też są źli ludzie. Środowisko powinno ich samo eliminować, a społeczeństwo nie powinno kupować czegoś, co jest niegodne człowieka. Przecież to jest medialny kanibalizm.

Było też wiele ciepłych artykułów, a także głosów społeczeństwa pod adresem sztabu medycznego szpitala...

- To miłe, że wielu ludzi doceniło naszą pracę, ale napór medialny był bardzo nużący, przynajmniej dla mnie. Musze powiedzieć, że na dłuższą metę paraliżował nam pracę. Dziennikarze nie chcieli zrozumieć, że zamiast mówić po raz setny to samo, powinienem być przy pacjentach.

Uratowanie życia Adasiowi odbiło się szerokim echem nie tylko w polskich mediach. Były liczne wywiady, odznaczenia, uściski dłoni. A co z dofinansowaniem? Jest szansa, że sukces szpitala uda się przekuć na lepszą sytuację finansową i większe możliwości lecznicze placówki?

- Dofinansowanie? Zapomnijmy o tym. Dofinansowania to były za komuny. Żyjemy w konkretnych realiach, musimy liczyć na to, co sami wypracujemy. Mamy procedury, kontrakty i musimy się z nich wywiązać. Nie dostaniemy lepszego kontraktu, bo wyjątkowe dziecko przeżyło, o tym trzeba zapomnieć, przejść do prozy życia i normalnie dalej pracować. A dla urzędników była to tylko pozycja do rozliczenia - czy rozliczyć i jak rozliczyć. Natomiast chciałbym podkreślić piękny gest Jurka Owsiaka, który zdecydował, że Orkiestra kupi nam nową aparaturę ECMO. Mieliśmy trzy takie aparaty, jeden niestety jest już kompletnie zużyty. Doświadczenie pokazuje, że musimy mieć trzy, ponieważ niejednokrotnie podłączaliśmy trzech pacjentów na raz, potrzebne jest też zaplecze na wypadek awarii jednego z urządzeń. Bardzo nam się przyda, w tym momencie nie mamy na to środków. Wracając do pytania, nie liczymy na dotacje ministerstwa czy NFZ-u, bo nam nie dadzą. Cuda zdarzają się w medycynie, ale nie w finansach. Musiałoby się coś komuś kompletnie pomieszać...

Okres świąteczny pozwolił na chwilę wytchnienia od medialnego szaleństwa i natłoku obowiązków?

- Nie potrafię się wyłączyć od pracy, mój zespół też nie. Jeżeli pracuje się z noworodkami, to trzeba pamiętać, że one nie czekają żeby się urodzić po świętach, musimy na bieżąco decydować o ich leczeniu a nawet ratowaniu życia. Są też starsze dzieci, które w tych dniach wymagają pilnej opieki. Bywało, że święta spędzałem w szpitalu. Przed kilkoma laty podłączaliśmy sztuczne komory serca u małej dziewczynki. To był pierwszy taki zabieg w Polsce u pacjenta w wieku dziecięcym, a do tego nie mieliśmy pokrycia finansowego. Operacja odbyła się w czasie świąt Bożego Narodzenia. Musieliśmy wtedy, w czasie świąt, sprowadzić z Berlina bardzo drogi sprzęt i jeszcze zdobyć na to fundusze. Nie było to łatwe. To się pamięta.

Cały czas jest pan profesor pod telefonem, gotowy na wezwanie?

- Oczywiście. Nie ma innej możliwości. Na koniec chciałbym jeszcze wrócić do tych cudów w medycynie. Cieszymy się nimi, ale kij ma dwa końce. Ludzie czasem wierzą, że lekarze są w stanie zrobić wszystko. Nieprawda. Pewne rzeczy wykraczają poza nasze możliwości, zdarzają się dzieci, tak skrzywdzone przez naturę, że jesteśmy wobec ich przypadłości bezradni, nie dajemy rady. Zaczynają się awantury, złe emocje i oskarżenia. To jest krzywdzące i bardzo trudno z tym żyć. Mamy jeden z najniższych wskaźników śmiertelności wśród noworodków z wadami serca na świecie. To są nasze dzieci, nasze emocje. Walczymy do ostatniej chwili o ich życie, ale medycyna ma swoje ograniczenia, a my nie jesteśmy cudotwórcami.

Więcej newsów znajdziesz
w aplikacji INTERIA
Pobierz aplikację

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy