Są ludzie, którzy umierają jak anioły

Na tarasie dla palących spory ruch. Luźne pogawędki dotyczą niemal wszystkiego, od pogody, przez wspomnienia z nie tak odległych lat młodości, po polityczne dyskusje. Tylko tematy związane z chorobą, bólem i umieraniem są częściej poruszane, niż to zwykle bywa na parkowych ławkach, i wyraźnie bliższe tutejszym rozmówcom. O ludziach konających jak anioły, o pełnej tajemnic godzinie śmierci i sali nr „6” opowiada ks. Jan Kaczkowski, prezes Puckiego Hospicjum pw. Św. Ojca Pio.

Ks. Jan to nietypowy przewodnik. Oprowadza po hospicjum, które zna jak własną kieszeń. W końcu jest jego pomysłodawcą i szefem.

Reklama

Jednocześnie jest dobrym kompanem w podróżach po trudnych tematach, a takich w tym miejscu nie brakuje. Nie jest tylko obserwatorem hospicyjnej rzeczywistości - sam doświadcza choroby. W 2012 roku zdiagnozowano u niego nowotwór złośliwy -  glejaka mózgu.

- Wszyscy wiedzą, że jestem chory, ale ja muszę być profesjonalistą. Nie mogę swojej choroby wykorzystywać. Przecież nie będę siedział przy łóżku pacjenta i nie powiem:  "A na co pan choruje?", "Na nowotwór trzustki", "He he, a ja na glejaka!"... I co? Będziemy się licytować? To byłoby żenujące i smutne.

- Czasem moja choroba zbliża do pacjenta, pozwala przekroczyć kilka etapów rozmowy. Chyba że ktoś ma glejaka, to opowiadamy sobie, jak wyglądała nasza historia. Mimo wszystko nie wolno mi wykorzystywać mojej choroby - wyjaśnia ksiądz Jan.

*****

Jasne, nowoczesne wnętrze nie przypomina typowego szpitala. Duże okna i dwa przestronne tarasy, jeden dla palących. - To przecież dorośli ludzie. Dlaczego mam im zabronić zapalenia papierosa czy wypicia dobrego piwa? - ks. Jan mówi jak dobry szef.


Główny korytarz hospicjum nie prowadzi w prostej linii, tylko delikatnie skręca. - Jak czułby się pacjent, wjeżdżający tutaj długim, prostym korytarzem na szpitalnym łóżku, widząc tylko ostre światło jarzeniówek nad sobą? - pyta ks. Jan.

W czasie naszego spaceru po hospicjum stale podkreśla, że bardzo ważne dla niego jest to, żeby to miejsce było estetyczne. I takie jest. Na ścianach wiszą duże zdjęcia. Przedstawiają głównie nowojorskie i afgańskie pejzaże. To prezent od przyjaciela ks. Kaczkowskiego. Dlaczego akurat one? To jakiś symbol? - Nie. Po prostu są ładne. Poza tym przewija się w nich motyw drogi. W miejscu, w którym jesteśmy, nabiera on wymownego znaczenia.
Wchodzimy do kolejnych pomieszczeń. Jedno z nich to mały pokoik z wygodną kanapą. Tu najczęściej odbywają się trudne rozmowy z chorymi i ich rodzinami. Na stoliku stoi pudełko chusteczek.

*****
Jak przekazywać trudne informacje? Najważniejsze  to rozmawiać?

- Nie, najważniejsze jest to, żeby wiedzieć, co pacjent wie. To jest punkt jeden. Po drugie, czy pacjent chce wiedzieć więcej i na ile chce więcej. Po trzecie, czy ja chcę przekazać tę prawdę i jaki mam w tym cel. Samo podanie prawdy nie jest sztuką dla sztuki. Nie mówimy jej, żeby kogoś okładać młotkiem po głowie. Ona ma służyć temu, żeby pacjent zrozumiał terapię i proponowane przez nas środki lecznicze.

- Nie musi wiedzieć wszystkiego od razu. To się nazywa przywilejem terapeutycznym. Jeżeli jesteśmy pewni, że pełna prawda może w danym momencie pacjentowi zaszkodzić, możemy się powstrzymać od przekazywania jej w całości. Podkreślam jednak - zawsze to powtarzam studentom medycyny - przywilej terapeutyczny nie jest pozwoleniem na okłamywanie!

*****

W dwóch miejscach korytarz zmienia się w obszerne salony. W jednym z nich stoi pianino, na nim klatka z kolorowym ptaszkiem. - Ma na imię Prezes. Ten kanarek to nasz ulubieniec - mówi ks. Jan.

Obok trzy duże świece: - Zapalamy je, kiedy któryś z naszych pacjentów umrze. Zastrzegłem sobie prawo, by móc je zgasić po dwudziestu czterech godzinach. Trzeba iść dalej - szef hospicjum jest w tej sprawie stanowczy. Teraz płonie jedna ze świec.

*****

Mówi ksiądz, że hospicjum to nie jest "one way ticket", bilet w jedną stronę...

- Muszę kiedyś obliczyć dokładnie, ilu pacjentów od nas wychodzi. Nie mówię, że oni zdrowieją w pełni, ale być może część z nich jest w stanie wrócić do leczenia przyczynowego. Wyjaśnijmy sobie coś: kiedy leczenie przyczynowe się wyczerpie i onkolog mówi: "Nie damy pani chemii, ani nie będziemy naświetlać", walka wcale się nie kończy. Tutaj, w hospicjum, kontynuujemy potyczkę, ale trochę w innych perspektywach: walki o jakość życia i jego długość.

- Ta "quality of life" (jakość życia - red.) jest mierzalna - że mniej boli, mniej duszno, mniej swędzi, mniej wymiotów, że jesteśmy w stanie przybrać na wadze, jeść, nabierać sił. To się często wprost proporcjonalnie przekłada na długość. Czasem ta jakość życia wzrasta do takiego poziomu, że można na nowo rozważyć powrót do leczenia przyczynowego.

- Takiej nadziei absolutnie nie zabieramy, ale na niej nie możemy też budować całego pobytu tutaj. Nie mówię panu Józefowi, prostemu człowiekowi, który do nas trafi: panie Józefie, będziemy tutaj pracować nad pana "quality of life", co - jak zakładamy - przełoży się na pana "life expectancy".  Mówię tak: panie Józefie, walka wcale się nie skończyła. Będziemy robić wszystko, żeby się pan jak najlepiej czuł i jak najdłużej z nami był.

*****

Na taras dla palących co chwilę ktoś wychodzi. Choć czuć już jesienny chłód, słońce świeci jasno. Można na chwilę zapomnieć, że jest się w hospicjum. Prowadzone tu luźne pogawędki  dotyczą niemal wszystkiego - od pogody, przez wspomnienia z nie tak odległych lat młodości i opowiastki o rodzinie, po dyskusje polityczne. Tylko tematy związane z chorobą, bólem i umieraniem poruszane są częściej niż to zwykle bywa na parkowych ławkach. I wyraźnie bliższe tutejszym rozmówcom.

Pan Tomasz, jeden z pacjentów, skręca papierosa. Skręcanie i palenie to taki jego przeciwbólowy rytuał. - Nie paliłem już pięć miesięcy. Wróciłem, bo to jedyne momenty, kiedy na chwilę zapominam o tym, że mnie boli - opowiada.

Podkreśla, że puckie hospicjum to dobre miejsce. Ks. Kaczkowski pokazał, "że się da!". - Wiele tutejszych pielęgniarek to wolontariuszki, które też ciężko harują. Kiedyś wyszedłem na taras i nie wziąłem poduszki. Najwygodniej mi z podkurczonymi nogami na ziemi, a nie na ławce. Przechodziła pielęgniarka, zobaczyła mnie, jak siedzę na zimnym bruku, poszła do mojego pokoju i wróciła z poduszką. Wcale nie musiała. To kwestia chcenia - opowiada pan Tomasz.

Pani Teresa cieszy się, bo jeszcze kilka dni temu przywieziono ją tu na wózku. Potem chodziła z balkonikiem. Dziś, choć powolutku, przyszła sama. - Muszę ćwiczyć. Jak inaczej wejdę po schodach? - pyta.

Nie chodzi o schody w puckim hospicjum, bo tu pokoje pacjentów ulokowane są na parterze. Pani Teresa chce być samodzielna po powrocie do domu. Powtarza, że to przecież się zdarza. Może nie zawsze, ale się zdarza. Że ks. Jan ("wielki człowiek, mówię pani") o tym mówił.

*****

A jak ktoś nie chce dłużej żyć? Słyszał ksiądz prośby o eutanazję?

- W ciągu 10 lat funkcjonowania hospicjum z takim bardzo głośnym żądaniem eutanazji spotkałem się tylko raz. To był pacjent z grupy: "control fix" - zafiksowany na punkcie kontroli. To jest specjalny rodzaj pacjentów, około 3 proc. chorych na nowotwory - ludzie, którzy chcą mieć wszystko pod kontrolą. To przeważnie celebryci, pracownicy mediów, biznesmeni, ludzie sukcesu, którzy mają takie złudne przeczucie, że cały czas są w stanie panować nad chorobą. Ich prośba o eutanazję jest często próbą zachowania kontroli do końca. Oczywiście, to karkołomne, bo jeśli z tej teoretycznej możliwości eutanazji by skorzystali, to już nie będą kontrolować niczego.

- W przypadku, o którym mówię, pan przyjechał do nas z zupełnie nieleczonym bólem. Nawet nie był w stanie określić jego poziomu w liczbach. Pomiędzy sykami a przekleństwami założyliśmy, że boli go bardzo. Zastosowaliśmy dostępne leczenie farmakologiczne i poziom bólu spadł do niezadowalającego poziomu około 7 w dziesięciostopniowej skali. On cały czas mówił, że chce eutanazji.

- Kiedy usiedliśmy z zaufanym lekarzem po dwóch stronach jego łóżka i powiedzieliśmy, że u nas nie może liczyć na tego typu "usługę", to się trochę uspokoił. Nie chcę przez to powiedzieć, że chciał nas sprawdzać.  

Odpuścił?

- Nie. Wiedzieliśmy, że zawsze w medycynie paliatywnej jest wyjście. Zaproponowaliśmy mu sedację, czyli wprowadzenie w stan śpiączki terapeutycznej. W sedację możemy wprowadzić pacjenta, kiedy wszystkie inne środki zawodzą. I tylko za jego zgodą. Percepcja bólu przez pacjenta powinna być możliwa do wyrażenia.

- Najpierw głęboko się wzbraniał. Mówiliśmy: "Panie Krzysztofie, możemy podać takie leki, po których ból będzie mniejszy, ale mniej będzie pan kojarzył". Proponujemy proste przełożenie: albo pełna świadomość i dyskomfort fizyczny, albo komfort fizyczny ze zmniejszoną albo zniesioną świadomością. Każdy pacjent jest w stanie tego typu decyzję podjąć. Dlatego trzeba uczyć lekarzy mówienia ludzkim językiem: "Albo będzie pana bardzo bolało, ale będzie pan wszystko pamiętał. Albo będzie pana mniej bolało, ale będzie pan więcej spał. Mówiąc wprost, będzie pan mniej kumał".

- On się bał, czy się obudzi. Typowy pacjent kontrolujący. Wszystko chciał kontrolować, nawet tę sedację. Powiedzieliśmy, że spróbujemy wprowadzić go w płytką śpiączkę, ale nic zagwarantować nie możemy. W medycynie nie ma gwarancji. "Następnego ranka postaramy się pana wybudzić. Może pan odeśpi i będzie łatwiej?". Ten gość przez ból nie spał kilka nocy. Był tak zmordowany.

- Zgodził się, ale co ciekawe, cały czas nas kontrolował, czy to już. Przecież nie robiliśmy ostentacji z kadzidłem, dzwonkiem i chorągwią: "Ooo, sedacja idzie!". Zasnął. Następnego dnia wybudził się. Zaufał nam. Zgadzał się na coraz głębszą sedację. Tak spokojnie, pogodzony z własnym sumieniem, ze sobą, z tą procedurą medyczną, w komforcie, odszedł...

Naturalnie?

- Tak, naturalnie, bo poprawnie przeprowadzona sedacja nie powinna przyspieszyć śmierci.

*****


Odwiedzamy kaplicę. Prosta, niewiele złota. W centrum ukrzyżowany Chrystus i małe, miedziane tabernakulum.

- Na środku jest dużo miejsca, żebyśmy mogli przywieźć pacjentów na łóżkach. W niedziele mamy tu tłumy. Przyjeżdżają rodziny chorych, ale też zwykli mieszkańcy Pucka. Nawet tam stoją - ks. Jan wskazuje laską na schody naprzeciw wejścia do kaplicy.

*****

Ludzie boją się śmierci?

- Jak to jest w tej godzinie śmierci, trudno powiedzieć. Ja tam jeszcze nigdy nie byłem. Widzę, że część ludzi umiera jak anioły. Widzę też ludzi, którzy konają w jakimś lęku. Dziwnym, który też mnie duchowo niepokoi. Nie wiem, czy jest sens cytować tę piosenkę: "jakie życie, taka śmierć". Pewnie nie, ale...

- Często konający, zachowujący świadomość, widzą tamten świat, widzą zmarłych, swoich przodków przychodzących po nich. Nie tylko katolicy. To jest bardzo często powtarzalny fakt.

- Niemal w każdej kulturze jest to spotykane, nawet w laickiej Szwajcarii. Dla Afrykanów to jest wprost oczywiste. Tylko my w naszym technicznym świecie chcemy tę rzeczywistość jakby wyprzeć.

- Kiedy jestem przy konającym, który patrzy na mnie nieobecnymi oczyma, tak gdzieś poza mną, i mówi do nich - do Matki Najświętszej, do Chrystusa, mówi, że oni tutaj są - wtedy ja, choć jestem człowiekiem sceptycznym, który stawia wiele pytań, mam niemal pewność. To są momenty, kiedy jako ksiądz staję się o wiele bardziej wierzący. Na pewno o wiele mniej wątpiący.

To miejsce daje księdzu siłę.

- Hospicjum mnie umacnia. W wierze. W przekonaniu, że warto je uczciwie prowadzić i nie oszczędzać siebie. Warto się spalać. W ogóle warto. Nie wyobrażam sobie umierania w innym miejscu niż tu. W sali numer sześć, mojej ulubionej.

*****

Po korytarzu krzątają się dwie dziewczyny i chłopak. W żółtych koszulkach z napisem "wolontariusz". Mają po 13 lat, są w pierwszej klasie gimnazjum. Czekają na przydział zadań na dziś. - Kto chce się zabawić w ogrodnika? - pyta jeden z pracowników. Idzie Hubert. Dzisiaj będzie odcinał suche pędy kwiatów. Dziewczyny składają pościel.

Młodzi wolontariusze mają też za sobą trudniejsze wizyty w hospicjum. Np. spotkania z pacjentami. Nie wszystkie zaczynały się od rozmowy. Dziewczyny wspominają, że siedziały obok łóżek chorych i nie wiedziały, jak zacząć. Potem było już lepiej.

*****

Opowiadał ksiądz, że ludzie czasem męczą się i nie potrafią skonać.

- Jedną z najtrudniejszych rozmów przeprowadziłem z dorosłym mężczyzną, synem ciężko chorego pacjenta. Zastanawialiśmy się, czy istnieją jakieś szczególne powody, dla których jego tata nie umiera. Czy on na kogoś czeka? Czy ma jakieś niezałatwione sprawy z przeszłości? Wiedziałem, że nie, bo tego pana spowiadałem, gdy był jeszcze przytomny. Może chciałby kogoś przeprosić? Nie. W końcu mój rozmówca, potężny mężczyzna, rozpłakał się. Przyznał: "Na początku choroby powiedziałem tacie: nie możesz mi tego zrobić. Nie pozwalam ci chorować i umrzeć".

- Wziąłem go za rękę jak dziecko i zaprowadziłem do ojca. Wcześniej go do tego przygotowałem. "Panie Pawle, za chwilę pójdziemy do taty. Będę pana rzecznikiem i powiem tacie, że pan się na tę śmierć zgodził. Czy nie odbierze pan tego jako łamania pańskiego sumienia?". "Nie". "Chciałby pan, żebyśmy to zrobili razem?". "Tak".

- Poszliśmy do chorego: "Jest przy panu Paweł. On bardzo pana kocha i chce panu powiedzieć, że to, co kiedyś wyznał, że się nie godzi na pana śmierć, już jest nieaktualne. Już może pan w spokoju odejść"... 

- Proszę się nie spodziewać, że on nagle przestał oddychać. Był po kilku tygodniach walki, kiedy w zasadzie medycznie już nie powinien żyć.  Po dwóch albo trzech godzinach od tej rozmowy spokojnie umarł.

- Zdarza się też inaczej. Pewna pani nie mogła umrzeć. Budziła się tylko wtedy, kiedy przychodził do niej jej ksiądz proboszcz z Najświętszym Sakramentem albo ja. Lekarz, który niespecjalnie był wierzący, zwrócił się do mnie: "Jan, ty tam pojedź. Dzieje się coś, czego z medycznego puntu widzenia nie rozumiem".

- Rzeczywiście, kobieta obudziła się, kiedy ja tam pojechałem. Okazało się, że nie wyspowiadała się z jednego grzechu, jeszcze sprzed wojny. Kiedy po latach to wyznała, odeszła spokojnie. Nie spektakularnie. Pan Bóg nie jest taki spektakularny.

- Dlatego w moim odczuciu najważniejsza jest praca nad relacjami, kiedy żyjemy. Z najbliższymi, z tymi, których kochamy. I praca nad tą relacją, która dla nas, wierzących, jest najważniejsza. My i On. Przez duże "O".

Justyna Tomaszewska

* Imiona pacjentów z opowieści ks. Jana są przykładowe.

-----

Ks. Jan Kaczkowski - katolicki duchowny, doktor bioetyki. Założyciel i prezes Hospicjum pw. św. Ojca Pio w Pucku. Choruje na glejaka mózgu czwartego stopnia. W momencie diagnozy dawano mu sześć miesięcy życia. Było to 1 czerwca 2012 r.

Polecamy też wywiad z ks. Janem Im większy sojusz tronu z ołtarzem, tym gorzej dla Ewangelii

Puckie hospicjum potrzebuje pomocy finansowej. Jednym ze sposobów jest przekazanie 1 proc. podatku na Stowarzyszenie Puckie Hospicjum. Jeśli chcesz to zrobić, kliknij TUTAJ.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje