Reklama

Reklama

​Szczuka: Więcej kobiet w polityce to lepsza polityka

Ewa Kopacz, Beata Szydło, a także Barbara Nowacka to twarze kampanii trzech największych polskich partii. Czy polską scenę polityczną ogarnęła nowa moda, czy może jest to działanie podyktowane dobrym rozeznaniem w wewnętrznej strukturze partii? "Więcej kobiet w polityce, to lepsza polityka" - mówi w rozmowie z Interią Kazimiera Szczuka.

Nowa moda w polityce?

Zaczęło się od Ewy Kopacz. Rok temu objęła ona rządy, zastępując na stanowisku premiera Donalda Tuska. Później dołączyła opozycja, która swoją kandydatką na premiera uczyniła szefową sztabu wyborczego Andrzeja Dudy - Beatę Szydło. Posłanka, jako jedna z czołowych postaci zwycięskiej kampanii Dudy, była naturalnym kandydatem do dalszych działań politycznych.

Reklama

Następnie Zjednoczona Lewica wybrała na swoją liderkę Barbarę Nowacką.

- Barbara Nowacka ma predyspozycje do bycia czołowym politykiem Zjednoczonej Lewicy. Na lewicy nie bardzo widać dla niej męskich konkurentów. Barbara Nowacka na pewno nie jest Magdaleną Ogórek Zjednoczonej Lewicy. Nie jest to zagranie polegające na tym, że sięgamy po kobietę, bo nie mamy żadnych innych atutów, jak to było w przypadku Ogórek - twierdzi dr Jarosław Flis.

W kwestii oceny Barbary Nowackiej, podobne zdanie ma Kazimiera Szczuka.

- Barbara Nowacka to osoba niezwykle odpowiedzialna i politycznie utalentowana. Uważam, że jest wspaniałą liderką. Ma odpowiednie kompetencje i doświadczenie. Nie jest to osoba odgórnie wyznaczona na twarz kampanii. To dzięki jej działaniom nawiązano współpracę na lewicy. Jest wobec tego naturalnym liderem, odpowiedzialnym za skonsolidowanie lewicy w obliczu powiększającej się przewagi prawej strony sceny politycznej - twierdzi działaczka feministyczna.

- Jeśli aktualnie przyszedł czas, że widać kobiety w polityce, to nie są to osoby wystawiane dla ozdoby a decyzyjne. To jest dobry kierunek rozwoju sceny politycznej, ponieważ długo była ona zdominowana przez mężczyzn - dodaje.

- Zupełnie różne ścieżki prowadzą do tego samego punktu. Z jednej strony zaangażowanie kobiet w politykę narasta, jednak nie jest to nic nowego. To interesuje, ale już nikogo nie dziwi - mówi dr Flis.

Płeć w polityce - to ma znaczenie?

- Mężczyźni niezasłużenie korzystają z przywilejów. Przywilej płci w polityce jest zupełnie nieuzasadniony, ponieważ nie jest tak, że jeśli ktoś się urodził mężczyzną, to jest lepszy. Wręcz przeciwnie, niekoniecznie najlepsi idą do polityki. Polityka jest uważana za "męską grę", więc mężczyźni grają, a tymczasem ważne jest zwrócenie uwagi, że obecność kobiet w społeczeństwie musi być odzwierciedlona także w reprezentacji politycznej - zaznacza Kazimiera Szczuka.

- Kobiety awansują na scenie politycznej, bo są równie dobre, jak mężczyźni. Wiele kobiecych talentów marnowało się przez wieki, bo nie miałyśmy dostępu do edukacji i władzy. Teraz można powiedzieć, że wybór najlepszych jest szerszy. Na całym świecie, przewaga mężczyzn w gremiach decyzyjnych jest uderzająca. W pewnym momencie to dostrzeżono i zaczęto szukać rozwiązania. Z licznych badań wynika, że w zróżnicowanych grupach, działania są bardziej efektywne. Polsce daleko do zupełnie sprawiedliwego podziału, ale idziemy w dobra stronę. Więcej kobiet w polityce, to lepsza polityka - wyjaśnia działaczka feministyczna.

- W Skandynawii już się nie mówi o podziale między kobiety a mężczyzn, to się stało naturalne. Te rozwiązania kwotowe służą na jakiś czas, a później one nie są już konieczne, ponieważ nie trzeba o tym przypominać - dodaje.

- Zwracanie uwagi na płeć jest zaprzeczeniem równości - twierdzi z kolei politolog Jarosław Flis.

Parytety szkodzą kobietom?

Ustawa kwotowa z dnia 5 stycznia 2011 roku zmieniła ordynację wyborczą do Sejmu, Parlamentu Europejskiego oraz rad gmin, powiatów i sejmików wojewódzkich. Na listach wyborczych do tych organów władzy, udział kandydatek (kobiet) i kandydatów (mężczyzn) nie może stanowić mniej niż 35 proc.

- Parytety są po to, żeby powstrzymać zaangażowanie kobiet w politykę. To jest rozwiązanie szkodliwe dla kobiet, ponieważ utrudnia dostanie się do Sejmu. To pokazały wyniki wyborów samorządowych w tych gminach, gdzie zlikwidowano kwoty. Tam, procent kobiet wśród radnych wzrósł najbardziej. Z kolei tam, gdzie kwoty zastosowano (w miastach na prawach powiatu i w sejmikach) wzrost widoczny już nie był - mówi w rozmowie z Interią dr Flis.

Ze zdaniem politologa nie zgadza się jednak Kazimiera Szczuka.

- To jest bardzo dobra ustawa. Kwotowe regulacje działają nie tylko na liczbę kobiet w polityce, ale także jakość tej obecności. Jest także tzw. suwak, który polega na przemiennym umieszczaniu na listach kobiet i mężczyzn. Z doświadczenia wynika, że taki mechanizm nie przynosi efektów podczas pierwszych wyborów, ale przy drugich, czy trzecich wyborach, kiedy staje się to naturalne i przezroczyste - argumentuje.

- W Polsce nie ma tzw. suwaka, mamy kwoty, które przynoszą oczekiwane rezultaty. To widać głównie podczas wyborów samorządowych. Regulacja 35-procentowa to nie są jeszcze parytety, ale jest to zielone światło dla kobiet. Do niedawna parlament był zmaskulinizowany, a kobiety służyły do przysłowiowego parzenia kawy. Ambicje polityczne kobiet były traktowane niepoważnie - dodaje.

Parytety nie tylko w polityce

Jak się okazuje system kwotowy jest możliwy do zastosowania nie tylko na scenie politycznej. Dowodem tego jest pomysł prezydenta Słupska Roberta Biedronia, który zaproponował parytety w nazwach ulic.

- Prezydent Biedroń nie proponował zmieniania nazw ulic, a uwzględnianie kobiet w nadawaniu nazw nowym ulicom. To jest bardzo słuszne. Kobiety tak samo uczestniczyły w historii, tworzyły kulturę i dokonywały  odkryć. Jeśli nazwy ulic są jakimś uhonorowaniem, to dlaczego kobiety miałyby być z tego wykluczone? - podsumowuje działaczka feministyczna.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje