​Z bezdomności wychodzi się do kogoś

Włodziu to jest "człowiek Google Maps" – tak go nazywają. Bo ile razy przed "Betlejem" przejeżdżał samochód Google, żeby zaktualizować mapy, tyle razy Włodziu zamiatał drogę. On jest od tej pracy uzależniony. W "Betlejem" ludzie wychodzą z wykluczenia społecznego, z bezdomności. Przez pracę, budowanie więzi, bycie z drugim człowiekiem.

Gdy w Sosnowcu spaliła się katedra, "Betlejem" zaproponowało, że bezdomni wykorzystają do wyprodukowania ikon drewno, które zostało po pożarze, a dochód z ich sprzedaży zostanie przeznaczony na odbudowę świątyni.

Reklama

To szczególne "Betlejem" mieści się w Jaworznie. W starej, liczącej 102 lata szkole. Nikt nie chciał tak zniszczonego budynku. Swoją siedzibę mógł tam mieć zakon, ale postawiono warunek, że budynek trzeba odnowić. A ks. Mirosław Tosza wziął bez gadania. Zamiast wygodnej plebanii. Mieszka tam razem z bezdomnymi, samotnymi, czasem upośledzonymi osobami. I tworzy dom - taki prawdziwy, w którym jednemu człowiekowi zależy na drugim.

Ale droga do "Betlejem" nie jest otwarta dla wszystkich. Trzeba bardzo chcieć się zmienić. To nie noclegownia, ani MOPS-owski przytułek, a ks. Tosza - jak sam podkreśla - nie jest Bratem Albertem.

Uczłowieczanie przestrzeni

Janusz układa właśnie mozaikę wokół okna na zwrot naczyń. Zgodnie z hundertwasserową (Friedensreich Hundertwasser - austriacki artysta - przyp. aut.) zasadą, że trzeba "uczłowieczać" przestrzeń tak daleko, jak sięga nasza ręka, gdy wychylamy się przez okno. Faliste, obłe struktury, objęte ciemnym konturem, oblewają wnęki. Konserwator nie chce się zgodzić, żeby na starej szkole powstała ogromna, złota kopuła. A taka się tutaj marzy.

Kuchnia. Na blacie leżą koszyki z pachnącym chlebem. Dwa dyskonty oddają codziennie do Betlejem żywność, której kończy się termin przydatności.

- Z reklam dowiadujemy się, co będziemy jedli - śmieje się ksiądz. Po tygodniu skandynawskim dostali sterty łososia. Bezdomni, skupieni wokół "Betlejem", jedli go przez miesiąc. Później był uroczysty obiad odpustowy u proboszcza, na który zostali zaproszeni. I gdzie też podano łososia. - Proboszcz był zdziwiony, że niby bezdomni, a łososia nie chcą jeść - wspomina z rozbawieniem gospodarz "Betlejem".

W jadalni stanie kiedyś piec do pizzy. Bo tu przecież często przychodzą goście, zaprzyjaźnione rodziny, dzieci. Gospodarz dba o to, by mieszkańcy domu nie byli skazani na siebie.

- Z całej tej grupy 600 osób, które tu mieszkały przez lata, na palcach jednej ręki mogę policzyć osoby, które wróciły do swojej rodziny. To pokazuje problem bezdomności. To nie jest problem tylko finansowy, mentalny czy uzależnienie, to jest kwestia więzi - mówi mi ks. Mirosław.

Uzależnienie od pracy

W jadalni słychać odgłosy z warsztatu stolarskiego. Odgłosy, których nie powinno być słychać, bo piła była zepsuta. Ale Sylwek - mieszkaniec domu, dwukrotny mistrz Polski w boksie -  pospiesznie tłumaczy, że "chłopaki jakoś złożyły całość do kupy". Tyle że bez łożysk...

W warsztacie pełno pyłu. Pan Tomasz jest zadowolony, bo robota stała przez dłuższy czas, a on jest od tej roboty uzależniony. Kiedyś miał swój warsztat, ale spłonął. Stracił wszystko, co zdążył zbudować przez 40 lat. Piła, jak jest sprawna, chodzi tu non stop.

- Nawet  w niedzielę - zaznacza ks. Tosza, który od razu tłumaczy, że nim zdąży dolecieć z "rozmową dyscyplinującą" do warsztatu, to światła są już pogaszone.  W warsztacie pracuje też Grześ - rzeźbiarz. Teraz żłobi drewno na ikony. To ze spalonej katedry. Czarne belki ustawiły się w kolejce.

Kazek uśmiecha się do zdjęcia

Na tyłach domu inny warsztat - tu Kazek, Antek i Darek i opalają ponownie drewno, usuwają dłutem zwęglone fragmenty, a następnie nakładają wosk na ciepło. Żmudna robota. I brudna - jak na kopalni. Ale Kazek dumnie prezentuje dokładnie nawoskowane elementy oparte o ścianę, na której ułożyli sobie z drewna napis "Buona sera".

- A, to taki ukłon w stronę papieża Franciszka - wyjaśnia ksiądz. Kazek uśmiecha się do zdjęcia.

W tym warsztacie pracują we trzech. Jest jeszcze z nimi starszy ksiądz. Na razie pracują pod zadaszeniem, a prowizoryczny piec grzeje na okrągło. Za jakiś czas warsztat zostanie przeniesiony do ogrodu. Teraz mieszkają tam osły.

Owce, które też należą do "betlejemskiego" stada, na razie wyjechały, bo idzie zima. Normalnie jeden z mieszkańców się nimi opiekuje i odpowiada za wypas. Owce pracują jako "zielone kosiarki".

Kazek - ten, który woskuje ikony - jest tutaj już 12 lat. Gospodarz podkreśla: to weteran. Kazek się śmieje. Bo zasady są takie, że do Betlejem przychodzi się na rok, żeby się pozbierać, wrócić do życia, przyzwyczaić się do pracy, do bycia z innymi ludźmi, do ciepłego posiłku. Ale w którymś momencie człowiek sygnalizuje, że chciałby tu zostać, bo zaczyna czuć, że to jest jego  dom, i żyje później w "Betlejem".

Gdy człowiek nie ma gdzie wracać

- Pomysł jest taki, żeby przychodzili na jakiś czas. Regulaminowo umawiamy się właśnie na rok. To jest rok resetu - obserwujemy, jak ktoś go wykorzysta. Jeżeli się zdarzy, że ktoś "zapije", to opuszcza dom i wtedy może wrócić, ale po terapii - takiej zamkniętej, 6-tygodniowej. Jeżeli to się zdarzy drugi raz, to może wrócić po roku. Przez ten czas może oczywiście utrzymywać z nami kontakt - mówi ksiądz.

Jest też druga grupa mieszkańców. To rezydenci. Mieszkają tu bezterminowo. - Są to osoby niepełnosprawne, z lekkim upośledzeniem umysłowym, starsi - wszyscy ci, którym ciężko byłoby sobie poradzić, gdyby musieli mieszkać samotnie, bo nie mają rodzin, nie mają gdzie wracać - opowiada.

Takim człowiekiem jest na przykład Włodzio - "człowiek Google Maps", którego zapytałam o drogę, gdy zamiatał ulicę. Po dłuższej chwili wytłumaczył, gdzie znajdę gospodarza Betlejem.

- To nie mógł być Włodzio - tłumaczy pani Ania, która porzuciła pracę w szkole, by pomagać w "Betlejem" i prowadzić tu pracownię rękodzieła. - Pan Włodzio miał wylew - dodaje. Wszyscy do tej pory byli przekonani, że nie mówi.

Powrotu do rodziny nie ma

W rozmowie wychodzi, że Włodziu ma za sobą ciężkie życie, że stoczył się na dno, że pił właściwie wszystko.

95 proc. mieszkańców to są osoby uzależnione od alkoholu. - Muszą być jasne zasady, choć jest to trudne, bo my tych ludzi po prostu lubimy. To nie są decyzje, które się podejmuje łatwo i chciałoby się czasem zmięknąć - mówi ks. Mirosław.

Były momenty, że przymykali oko - opowiada mi mój rozmówca. Były momenty, że darowali winy, ale - jak dodaje po chwili - w dłuższej perspektywie nikomu to nie wychodziło na dobre.

- Czasem człowiekowi się wydaje, że skoro przestał pić, to wszyscy powinni przed nim klękać, być mu wdzięczni i rzucać mu się na szyję. A to nie tak. Dzieci, jeśli są, to pamiętają nieodpowiedzialnego ojca. Nie zależy im na takich więziach, odcinają się - tłumaczy.

A z bezdomności nie da się ot tak po prostu wyjść. - Ludzie wychodzą z bezdomności, ale powrotu do rodziny raczej nie ma. Problem z bezdomnością nie jest tylko socjalny, to problem więzi. Mamy takie hasło, że z bezdomności nie wychodzi się gdzieś, tylko do kogoś - wyjaśnia ks. Tosza.

- Gdy analizujemy sytuacje tych ludzi, którym się udało po opuszczeniu domu, to oni zawsze są z kimś, albo poszli do kogoś, albo kogoś poznali... - dodaje. Zawsze był obok jakiś drugi człowiek.

Nie ryba, nie wędka

Sylwek wpada na chwilę do księdza. Rozlicza się z makulatury, którą oddał do skupu.

- To dwukrotny mistrz Polski w boksie - opowiada mi później gospodarz "Betlejem". - Ciekawy gość, karierę robił, dwa związki, dwoje dzieci. Ma akurat fajną rodzinę - fajnych rodziców, córkę, która go wspiera, brata. No ale on do Krakowa nie chce wracać. Bo mówi, że jak wróci, to wrócą kumple. To teraz pytanie, z kim on ma żyć. To jest pytanie zasadnicze - zaznacza ksiądz.

- W tej takiej klasycznej historii, której się często nadużywa, mówi się, że trzeba dać wędkę, a nie rybę. Ale oprócz tej wędki pojawia się jeszcze taka kwestia: po co mam łowić? Dla kogo? Tego się już często nie bierze pod uwagę. Dlatego nam zależy na tym, żeby tworzyć taki model domu, do którego przychodzą ludzie z zewnątrz. Przychodzą przyjaciele domu, przychodzą młodzi i dzieci. Przychodzą rodziny, my ich zapraszamy na spotkania, na kawę. Już się znamy. I powstaje szersze środowisko znajomych - wyjaśnia mój rozmówca.

- Darek był kierowcą autobusu - tutaj w mieście, ale się stoczył. Dzięki szwagrowi poszedł na terapię, a później trafił do nas. Chłopak sobie świetnie radzi, dźwiga się. Kupił sobie skuter nawet! Pracował w robotach publicznych, później go zatrudnili w zieleni miejskiej. Przeszedł tę klasyczną drogę wychodzenia z bezdomności, złożył wniosek o mieszkanie, idzie mocno do przodui, ale teraz jest zatrudniony na minimalnym wynagrodzeniu - komornik bierze mu tyle, że mu zostaje 400 zł. I on jest na tyle honorowy, że nam przynosi pieniądze za dom. Bo u nas jest tak, że jeśli ktoś ma dochód, to płaci 400 zł. Mówi, że nawet, jakby się chciał usamodzielnić, to go na to nie stać - opowiada ks. Mirosław.

Ludzie pragną przyjaciół

W tej jadalni, w której właśnie powstaje "hundertwasser", a na ścianie wisi wielki plakat "Nasze Betlejem", spotykają się mieszkańcy domu i zaprzyjaźnione rodziny. I choć celem jest integracja, to - jak zaznacza ksiądz - zawsze jakoś tak odruchowo mieszkańcy siadają osobno, a goście osobno. A przecież się znają.

- Ja tym naszym przyjaciołom czasem muszę podpowiedzieć: zaproście Staszka do siebie. Zaproście go na kawę, żeby gdzieś wyszedł, zobaczył. Przecież się znacie - opowiada ks. Tosza. I ci przyjaciele wtedy mówią: no tak, to takie oczywiste. Ale tych ludzkich odruchów, budowania więzi, oferowania samego siebie drugiej osobie trzeba cały czas się uczyć.

- Dzięki takim przyjaźniom różnych ludzi z domem wielu naszych mieszkańców się pozbierało. Czasami się te wielkie psychologie odmienia przez wszystkie przypadki, a ludziom po prostu potrzeba przyjaciół. Chodzi o to, żeby móc zwyczajnie czasem kogoś odwiedzić. Bo oni się kiedyś wyprowadzą od nas i pojawi się pytanie, do kogo iść, z kim żyć. Zamysł jest taki, by w naszym domu te więzi budować - tłumaczy ks. Tosza.

Najbardziej skutecznymi filantropami naszych czasów są ci, którzy oferują więzi, uśmiech i swój cenny czas.

- Jak się uda nawiązać jakiś kontakt z rodziną, że się odwiedzają, to jest fajnie. Ale takiej sytuacji - przez te wszystkie lata, żeby ktoś wrócił do swojej żony, nie było - dodaje.

Całkiem dobry koniec życia

A dzieci? W Siemoni jest filia "Betlejem". Na organistówce, którą udostępnił nam zaprzyjaźniony proboszcz,  mieszkają trzy osoby. Jeden z mieszkańców "Betlejem", pan Marek, został tam kościelnym.

- Ten starszy pan, pobożny, inteligentny, startował w programie "Jeden z dziesięciu". Pan inżynier z niesamowitą pamięcią - wspomina ksiądz.

- Dzięki temu, że dostał taką pracę, podniósł mu się status. Przestał być osobą bezdomną, dostał mieszkanie na organistówce. Dopiero wtedy udało się odbudować kontakty z żoną i dziećmi - wyjaśnia.

Nie powinno dziwić, że rodziny nie są otwarte na powrót takiego człowieka, że wcale nie czekają na ojca czy matkę, którzy się w życiu pogubili.

- Oni rozrabiali. Dzieci mają w pamięci ojca, który był nieodpowiedzialny, zepsuł im dzieciństwo - zaznacza gospodarz.

A syn go nie chciał znać. Matka z córką zaczęły go odwiedzać, później zapraszać do siebie.

Marek niedawno zmarł. - Pogrzeb miał fajny, trzech księży było, wszyscy przyjechali, rodzina przyjechała. Syn nawet przyjechał z Niemiec. Można powiedzieć, że pojednał się z Panem Bogiem przed śmiercią. Umarł przy w miarę dobrych kontaktach z rodziną. Więc jeśli można tak powiedzieć, to ten koniec życia miał całkiem dobry - mówi ksiądz Mirosław.

***

Z bezdomności nie wychodzi się gdzieś. Wychodzi się do kogoś. Choćby na filiżankę herbaty. Są różne modele pomocy, ale ani państwowa ryba, ani oddolnie organizowane wędki nie przybliżają do znalezienia odpowiedzi na pytanie: po co łowię i dla kogo?

Ewelina Karpińska-Morek

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy