Zagadka makabrycznej przesyłki. Kto mógł być na tyle brutalny?

Trzecia powieść Roberta Galbraitha to diabelsko inteligenta zagadka kryminalna, a zarazem wciągająca historia kobiety i mężczyzny, którzy znaleźli się w trudnym momencie, zarówno jeśli chodzi o życie zawodowe, jak i osobiste.

Robin Ellacott otrzymuje tajemniczą przesyłkę. Z przerażeniem odkrywa w paczce odciętą nogę. Szef dziewczyny, prywatny detektyw Cormoran Strike, jest równie zaskoczony, choć nieco mniej przerażony. Przychodzą mu na myśl tylko cztery osoby, które mogłyby być zdolne do takiej brutalności. Detektyw sądzi, że policja podąża fałszywym tropem. Rozpoczyna śledztwo na własną rękę.

Reklama

Fragment książki:

To nie jest lato miłości

Nie udało mu się zetrzeć całej jej krwi. Pod paznokciem środkowego palca lewej dłoni została ciemna kreska przypominająca nawias. Zaczął ją stamtąd wygrzebywać, ale właściwie ten widok mu się podobał: pamiątka po przyjemnościach poprzedniego dnia. Po chwili bezskutecznego grzebania włoży ł krwawy paznokieć do ust i possał . Żelazisty posmak przywołał wspomnienie zapachu strumienia, który trysnął gwałtownie na wyłożoną płytkami podłogę, ochlapując ściany, mocząc mu dżinsy i zmieniając brzoskwiniowe ręczniki kąpielowe - mięciutkie, suche i starannie złożone - w nasiąknięte krwią szmaty.

Dziś rano świat miał dla niego jaśniejsze barwy i wydawał się wspanialszy. Czuł spokój i był podbudowany, jakby ją wchłonął, jakby jej życie przetoczono do jego żył. Zabijane kobiety stawały się twoją własnością: to forma posiadania o wiele lepsza od seksu. Już samo patrzenie na nie w chwili śmierci było rodzajem intymności wykraczającej daleko poza to, czego mogły doświadczyć dwa żywe ciała. 

Czując dreszcz podniecenia, pomyślał, że nikt nie wie, co zrobił ani co planuje. Szczęśliwy i spokojny ssał środkowy palec, opierając się o ciepły mur w słabym kwietniowym słońcu i wpatrując w dom naprzeciwko.

Dom nie był piękny. Raczej zwyczajny. Owszem, przyjemniejszy niż maleń kie mieszkanko, w którym zesztywniałe od krwi ubranie leżało od wczoraj w czarnych workach na śmieci, czekając na spalenie, i w którym zostawił lśniące noże, umyte środkiem dezynfekującym, wciśnięte za rurę w kształcie litery U pod kuchennym zlewem. 

Ten dom miał z przodu ogródek, czarne balustrady i trawnik wymagający skoszenia. Dwoje białych drzwi umieszczono tuż obok siebie, co świadczyło o tym, że trzypiętrowy budynek podzielono na mieszkania. Na parterze mieszkała Robin Ellacott. Dołoży ł starań, żeby poznać jej prawdziwe imię i nazwisko, lecz w myślach nazywał ją Sekretarką. Przed chwilą widział ją przechodzącą za oknem wykuszowym, łatwo ją było poznać dzięki jaskrawym włosom.

Obserwowanie Sekretarki traktował jak bonus, miły dodatek. Miał kilka wolnych godzin, więc postanowił przyjść i na nią po-patrzeć. Dzisiaj był dzień odpoczynku między wczorajszymi i jutrzejszymi atrakcjami, między zadowoleniem z tego, co zostało zrobione, a podnieceniem tym, co miało się zdarzyć.  

Drzwi po prawej stronie niespodziewanie się otworzyły i z do-mu wyszła Sekretarka w towarzystwie mężczyzny.  

Nadal oparty o ciepły mur gapił się na ulicę odwrócony do nich profilem, żeby wyglądać jak ktoś, kto czeka na przyjaciela. Nie zwrócili na niego najmniejszej uwagi. Oddalali się chodnikiem, idąc ramię w ramię. Odczekał minutę i ruszył za nimi.

Miała na sobie dżinsy, lekką kurtkę i buty na płaskim obcasie. Jej długie falują ce włosy widziane w blasku słońca wydawały się jeszcze bardziej rude. Zauważył między tymi dwojgiem lekki dystans, nie odzywali się do siebie.

Umiał wyczuwać emocje. Zauważył je i wykorzystał u dziewczyny, która wczoraj umarła wśród zakrwawionych, brzoskwiniowych ręczników. 

Byli na długiej ulicy. Trzymał ręce w kieszeniach i szedł nie-spiesznym krokiem, jakby się wybrał na zakupy. W ten jasny po-ranek jego ciemne okulary nie zwracały uwagi. Drzewa delikatnie falowały na lekkim wiosennym wietrzyku. Na końcu ulicy idą-ca przodem para skręciła w lewo, w szeroką, zatłoczoną arterię, wzdłuż której stały biurowce. Wysoko w górze tafle szkła w oknach lśniły w blasku słońca, gdy mijali siedzibę Rady Gminy Ealing.

Współlokator albo chłopak czy ktokolwiek to był - mężczyzna o wyrazistym profilu i kwadratowej żuchwie - coś do niej mówił. Odpowiedziała mu krótko, bez uśmiechu. 

Kobiety są takie małostkowe, podłe, paskudne i żałosne. Nadąsane suki, wszystkie co do jednej oczekujące, że mężczyźni będą je uszczęśliwiać. Dopiero gdy leżały przed tobą martwe i puste, stawał y się czyste, tajemnicze, a nawet cudowne. Wtedy były bez reszty twoje, niezdolne do kłótni, szamotaniny czy odejścia, były twoje i mog łeś z nimi zrobić, co tylko zechcesz. Zwłoki tej wczorajszej stały się ciężkie i bezwładne, gdy upuścił z nich krew: były jego naturalnych rozmiarów pieścidełkiem, jego zabawką. 

Szedł za Sekretarką i jej chłopakiem przez gwarne centrum han-dlowe Arcadia, sun ąc z tyłu niczym duch albo bóg. Czy ludzie robią-cy sobotnie zakupy w ogóle go widzieli, czy może jakoś się przeobraził, stał się podwójnie żywy, zyskał dar niewidzialności? 

Dotarli na przystanek autobusowy. Czaił się w pobliżu, udając, że zagląda przez drzwi do baru serwującego curry, patrzy na owo-ce ułożone w wysokie sterty przed sklepem, na tekturowe maski z twarzami księcia Williama i Kate Middleton wiszące w kiosku; obserwował ich odbicia w szybach. 

Zamierzali wsiąść do autobusu linii osiemdziesiąt trzy. Miał przy sobie niewiele pieniędzy, ale jej widok sprawiał mu tyle przy-jemności, że nie chciał tak szybko rezygnować. Wchodząc za parą do autobusu, usłyszał, jak mężczyzna mówi o Wembley Central. Kupił bilet i poszedł za nimi na górę. 

Para znalazła dwa wolne, sąsiadujące ze sobą miejsca na samym przedzie pojazdu. Usiad ł niedaleko, obok gburowatej kobiety, którą zmusił do przesunięcia siatek z zakupami. Chwilami słyszał ich głosy wynurzające się z gwaru rozmów innych pasażerów. Gdy nie rozmawiali, Sekretarka posępnie patrzyła przez okno. Nie miała ochoty jechać tam, dokąd jechali - był tego pewny. Gdy odgarnęła z oczu pasmo włosów, zauważył pierścionek zaręczynowy. Więc zamierzała wyjść za mąż... a raczej tak jej się wydawało. Ukrył uśmieszek za postawionym kołnierzem kurtki.

Przez upaćkane szyby wpadało ciepłe południowe słońce. Do autobusu wsiadł a grupa mężczyzn, którzy zajęli miejsca wokół. Dwóch miało na sobie czarno-czerwone koszulki drużyny rugby. 

Nagle poczuł, jak blask dnia przygasa. Koszulki z sierpem księ-życa i gwiazdą budziły w nim nieprzyjemne skojarzenia. Przypo-minały o czasach, gdy nie czu ł się jak bóg. Nie chciał, żeby dzień jego szczęścia został skażony i splamiony dawnymi złymi wspomnieniami, ale jego euforia gwałtownie słabła. Rozzłoszczony - jakiś nastolatek napotkał jego spojrzenie i z przestrachem pospiesz-nie odwrócił wzrok - wstał i ruszył w stronę schodów. 

Obok drzwi stał ojciec z małym synem i mocno trzymali się drążka. Na dnie jego żołądka eksplodował gniew: on też powinien mieć syna. A raczej nadal powinien go mieć. Wyobraził sobie chłopca stojącego obok, zadzierającego głowę i patrzącego na niego jak na bohatera - tylko że on już dawno stracił syna, a wszystkiemu był winien człowiek nazywający się Cormoran Strike. 

Zamierzał się zemścić na Cormoranie Strike’u. Zamierzał zmienić jego życie w piekło. 

Stojąc na chodniku, spojrzał na przód autobusu i za szybą jeszcze raz mignęła mu złotowłosa głowa Sekretarki. Pomyślał, że w ciągu najbliższych dwudziestu czterech godzin zobaczy ją ponownie. Ta świadomość pomogła mu opanować nagłą wściekłość wywołaną wi-dokiem koszulek drużyny Saracens. Autobus oddalił się z warkotem, a on ruszył w przeciwną stronę, powoli się uspokajając. Miał cudowny plan. Nikt o nim nie wiedzia ł. Nikt się niczego nie spodziewał. A w domu w lodówce czekało na niego coś bardzo wyjątkowego.

Reklama

Reklama

Reklama