Reklama

Reklama

Złodziej też patrzy na cenę

Okradają sklepy, oszukują w restauracjach. Dobrze znają swój fach. Starają się w jednym miejscu nie ukraść za więcej niż 250 zł. Drobne kradzieże to dla nich świetny interes.

- Złodzieje nigdy nic nie zamawiają. Przeglądają kartę, a potem rezygnują z zamówienia. Siedzą w restauracji tylko tyle, ile potrzeba, by okraść sąsiedni stolik - mówi Marta, która do niedawna pracowała jako kelnerka w jednej z restauracji na krakowskim Rynku.

Reklama

- Najwięcej kradzieży zdarza się w ogródkach piwnych. Jak to się odbywa? Na przykład tak: dwóch panów w eleganckich garniturach spaceruje po Rynku. Kiedy widzą klientów, którzy trzymają kurtki na oparciach krzeseł, siadają obok. Krzesła skierowane są do siebie oparciami. Złodzieje wieszają swoje marynarki w ten sam sposób, a pod ich osłoną sięgają do kieszeni klientów - opowiada Marta.

Łapać złodzieja!

Bywa, że rabusie są rozpoznawani przez obsługę. Wtedy, jak tylko się pojawią, kelner podchodzi do zagrożonego stolika i głośno przestrzega klientów przed kieszonkowcami. Ostrzega też złodziei, którym mówi to samo. Wtedy kieszonkowcy wiedzą, że kelnerzy ich rozpoznali i szybko opuszczają lokal.

Jak kradną? Niekiedy całe portfele, żeby było szybciej. Czasem wyciągają z nich tylko gotówkę i karty kredytowe, po czym wkładają portfel na miejsce. Zanim poszkodowany zauważy stratę karty, złodziej zazwyczaj zdąży jej już użyć.

Jeśli istnieje podejrzenie kradzieży, kelner może zatrzymać podejrzanego w restauracji i wezwać policję.

- W przypadku oficjalnego zgłoszenia kradzieży lub oszustwa w restauracji czy sklepie, policja dogłębnie sprawdza okoliczności zdarzenia - wyjaśnia Anna Zbroja z Komendy Wojewódzkiej Policji w Krakowie. - Wtedy niezbędna jest współpraca z poszkodowanymi. Zbieramy zeznania pracowników obiektu, w którym doszło do zdarzenia, czy też zabezpieczamy monitoring. To rzeczy priorytetowe - opowiada policjantka.

Obiad gratis

Bez wątpienia najbardziej "kreatywni" złodzieje to ci, którzy jedzą w restauracji, a za to nie płacą.

- Przychodzi, powiedzmy, facet z damskim płaszczem i mówi, że czeka na żonę, która robi zakupy. Pije kawę, patrzy na zegarek. Żony dalej nie ma, więc zamawia zupę. Potem wykonuje telefon i rzekomo dowiaduje się, że jeszcze jakiś czas jej nie będzie, więc decyduje się na danie główne i kieliszek dobrego alkoholu - opisuje Marta taktyki notorycznych naciągaczy.

- Ten od płaszcza wpadł, gdy po dwóch godzinach udawania próbował zbierać pieniądze wśród gości restauracyjnych. Opowiadał wszystkim, że umówił się z żoną, ale nie mogła przyjść, a on zapomniał portfela. Wezwaliśmy policję, ale chyba to przewidział, bo postarał się nie zjeść za więcej niż 250zł. Zatrzymaliśmy jego dowód do czasu, aż ureguluje rachunek. Nigdy się po niego nie zjawił - opowiada była kelnerka.

- Jeśli wartość skradzionych rzeczy nie przekracza 250 złotych, czyn traktowany jest jako wykroczenie, najczęściej karane grzywną - tłumaczy Anna Zbroja.

- Kiedyś też obsługiwałam pana, który zamówił zupę i herbatę, a potem powiedział, że nie ma pieniędzy. Chyba był bezdomny - w głosie Marty słychać współczucie. - Koledzy zarzucali mi, że to było widać po jego ubraniu, ale ja nie oceniam po stroju. Ludzie przychodzą różnie ubrani. Obcokrajowcy często wyglądają, jakby wracali z joggingu - tłumaczy.

Marcie zrobiło się go szkoda. Zapłaciła za zupę i herbatę. Nie było po co wzywać policji...

Sklepy pod ochroną

Równie trudne sytuacje są codziennością pracowników sklepowych. - Wbrew temu, co myślicie, nie bronimy towaru w sklepie za wszelką cenę. W pierwszej kolejności mamy dbać o własne bezpieczeństwo i w przypadku zagrożenia odpuścić złodziejowi. Dlaczego? Bo zdarzały się sytuacje, że jakiś ćpun wbił pracownikowi w ramię strzykawkę - mówi Basia, sprzedawca z Galerii Krakowskiej.

- Za to w sklepach, w których jest ochrona, jedyny kontakt ze złodziejami masz wtedy, gdy wchodzisz na zaplecze i widzisz ich w asyście ochroniarzy, czekających na policję - opowiada Michał, pracownik modnego sklepu na Rynku.

- Dużo rzeczy ginie w przymierzalniach, bo tam nie ma kamer. Złodziej może obciąć klipsy zabezpieczające, założyć ubrania na siebie i tak wyjść - kontynuuje.

Jeśli nikt go nie zauważy, upchnie potem klipsy w innych ubraniach: w kieszeniach kurtek, w kapturach. Przejdzie przez bramki i tyle go widzieli.

A jeśli ktoś zauważy? Michał uśmiecha się.

Łup czyni złodzieja

- Ochroniarz zawsze musi zatrzymać złodzieja. To kierownik sklepu decyduje, czy wezwać policję, czy na przykład darować nastolatce, która upchnęła w torebce bluzeczkę. W moim sklepie zazwyczaj nie odpuszczają - mówi Michał.

Kiedy natomiast skradziony towar przekroczy wartość 250 zł, policja wzywana jest automatycznie, a złodziej ląduje na posterunku.

- Czasami ludzie zbierają różne rzeczy i chowają je do torby, kiedy nagle orientują się, że są obserwowani. Jeśli zdążą je wyrzucić, nic im nie można zrobić - wyjaśnia Basia. - Z drugiej strony zdarzają się złodzieje tak głupi, że kradną coś w jednym sklepie i idą z tym do innego. Często jest to zbieranina z połowy centrum handlowego, rzeczy za kilka tysięcy...

- Nie możemy nikogo wprost oskarżyć o kradzież, a dopóki nie zobaczymy rzeczy, nie możemy wezwać policji - żali się Michał.

Na to jednak też są sposoby. Często sklepy mają piloty, które uruchamiają alarm na bramkach. Wtedy pracownicy mają prawo przeszukać osobie wychodzącej ze sklepu torbę. W niektórych sklepach sprzedawca bierze do kieszeni klips i wychodzi ze sklepu razem z podejrzanym klientem.

- To na wypadek, gdyby złodziej odciął klipsy lub wyłożył torbę aluminium, by uciszyć bramki - zdradza Michał. - Za schwytanie złodzieja dostajemy nagrodę.

- Bardzo często dzieje się tak, że drobnych rabusiów zatrzymują pracownicy sklepu, a później przekazują ich policji - mówi Anna Zbroja z Komendy Wojewódzkiej w Krakowie.

Rabusie jak z żurnala

Kim są złodzieje? Często wyglądają, jakby mieli mnóstwo pieniędzy.

- Kiedyś widziałam, jak z galerii wyprowadzają w kajdankach chłopaka, który wyglądał jak z okładki "Vouge'a". Nie mogłam uwierzyć własnym oczom - wspomina Basia.

- Kradną zazwyczaj młode osoby, bo trzeba do tego jednak trochę sprawności - dodaje Michał.

W małych sklepach zdarza się, że złodzieje przychodzą parami. Kiedy jeden zajmuje sprzedawcę, drugi wynosi towary. W dużych złodzieje mają większe możliwości, bo pracownicy nie są w stanie wychwycić wszystkich podejrzanych ruchów.

- Znakomita większość kradnie dla pieniędzy, praktycznie zawodowo. Niektórzy są już powszechnie znani w centrach handlowych. Jedni, widząc sprzedawcę, który ich wcześniej zdemaskował, po prostu wychodzą. Szacują, że ryzyko się im nie opłaca. Inni na upartego wracają wciąż do tych samych sklepów i dalej kradną - opisuje swoje doświadczenia ze złodziejami Basia.

- Są przypadki, że dana osoba dopuszcza się kradzieży jednorazowo. Najczęściej jednak sprawcami są osoby przewijające się przez policyjne kartoteki. Działają oni częściej w grupie, niż w pojedynkę - wyjaśnia krakowska policjantka.

Zawodowcy

- Na podstawie informacji zebranych od ofiar kradzieży niejednokrotnie tworzymy portrety pamięciowe sprawców, które za zgodą prokuratury publikowane są w prasie i na stronie internetowej małopolskiej policji - mówi Anna Zbroja.

Reakcje złodziei przyłapanych na gorącym uczynku są bardzo różne. - Dziewczyny zazwyczaj płaczą - mówi Basia. - Niektórzy reagują czystą agresją - dodaje Michał. - To też reakcja typowa dla tych, którzy kradną na zlecenie.

Są również osoby, które uodporniły się na zatrzymanie. Czekając na policję, są w stanie gawędzić z personelem sklepowym czy palić papierosa na zapleczu.

- Czasami wydaje mi się, że traktują te swoje wypady jak normalna osoba traktuje chodzenie do pracy - podsumowuje ekspedientka Basia.

Kiedy wartość łupu przekracza 250 zł, kradzież kwalifikuje się jako przestępstwo z kodeksu karnego art. 278. Wówczas zatrzymany podlega karze od 3 miesięcy do 5 lat pozbawienia wolności.

Dowiedz się więcej na temat: sklepy | Nie | złodziej

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy