Zmarł Jan Grzebski

Jan Grzebski z Działdowa (warmińsko- mazurskie), który dwa lata temu po 19 latach wybudził się ze śpiączki, nie żyje. Przyczyną śmierci był najprawdopodobniej zawał serca.

Informację o śmierci Jana Grzebskiego potwierdził we wtorek rehabilitant Wojciech Pstrągowski, który dzięki ćwiczeniom wybudził go ze śpiączki. Wiadomość o cudownie wybudzonym mężczyźnie obiegła wówczas światowe media.

Reklama

- Pan Jan miał w wakacje zawał serca, leżał wówczas w szpitalu w Olsztynie, miał przeprowadzoną koronografię, rehabilitacja została w tym czasie przerwana - powiedział Pstrągowski. Dodał, że Jan Grzebski zmarł w piątek, najprawdopodobniej miał drugi zawał.

Niewykluczone, że serce było osłabione z powodu wieloletniej śpiączki. Jak wyjaśnił Wojciech Pstrągowski, inaczej pracuje wówczas układ krążeniowo-oddechowy, inny jest metabolizm.

- Po wybudzeniu ze śpiączki przy rehabilitacji musieliśmy o tym pamiętać - podkreślił.

Zaznaczył, że zapamięta Jana Grzebskiego jako wzór pacjenta. Był zawsze uśmiechnięty i cierpliwy.

- Myślę, że przez te półtora roku, gdy pan Jan odzyskał przytomność, był bardzo szczęśliwy, cieszył się życiem z żoną Gertrudą, która była jego oparciem - powiedział Pstrągowski.

W kwietniu Gertruda Grzebska, która 19 lat opiekowała się niezłomnie mężem i rehabilitant Wojciech Pstrągowski otrzymali z rąk wojewody warmińsko-mazurskiego złote krzyże zasługi. Krzyże nadał prezydent Lech Kaczyński.

Pani Gertruda powiedziała wówczas, że najtrudniejsze chwile jakich doświadczyła w opiece nad mężem były na samym początku jego walki z chorobą.

- Najtrudniejsza to była ta chwila, gdy przywiozłam męża na noszach do domu i gdy położyłam go na wersalce. To była chwila, którą ciężko opowiedzieć. Jak można było powiedzieć dzieciom, że ich ojciec umiera, to było okropne - wspomina Grzebska.

Pytana czy nie czuła się pozostawiona sama sobie i opuszczona przez środowisko medyczne odparła, że każdy kto zobaczył kartę informacyjną męża ze szpitala mówił, iż to człowiek do stracenia i że jego nie da się uratować.

- Każdy mówił: "nie da się go wyleczyć" i ręce rozkładał. Nie było pomocy, bo jaka ona mogła być - podkreśliła pani Gertruda.

Jan Grzebski z Działdowa zachorował po wypadku w 1988 roku . Do 2007 roku leżał bezwładny, nie był w stanie samodzielnie jeść, siedzieć czy mówić. W ubiegłym roku m.in. po serii ćwiczeń rehabilitacyjnych zaczął wracać do zdrowia. Specjaliści ocenili, że przebywał w stanie śpiączki alfa, a historia o jego wybudzeniu obiegła świat.

Po ogłoszeniu w mediach informacji o wybudzeniu z długoletniej śpiączki Grzebskiego dyrektor ds. opieki zdrowotnej SPZOZ w Działdowie dr Joanna Hensel, w którym pacjent był leczony zaprzeczyła, że była to śpiączka.

Podkreśliła wówczas, że zarówno neurolog, jak i anestezjolog ze szpitala w Działdowie, zgodnie uważają, iż "przynajmniej od 1990 roku nie było żadnego kryterium, które świadczyłoby o tym, że Jan Grzebski był w stanie śpiączki", przede wszystkim dlatego, że słyszał i rozumiał, co się do niego mówi. Jak twierdziła Hensel zdaniem specjalistów, można tu mówić o afazji, czyli zaburzeniach mowy i artykulacji, ale absolutnie nie o śpiączce. Dodała, że potwierdza to dokumentacja medyczna pacjenta.

Tymczasem dr hab Wojciech Hagner, kierownik kliniki rehabilitacyjnej bydgoskiego szpitala uniwersyteckiego, po kompleksowym zbadaniu pacjenta, który trafił do niego latem 2007 roku stwierdził, że Grzebski zapadł w tak zwany zespół zamknięcia, nazwany inaczej śpiączką typu alfa. Dodał, że nie jest to śpiączka mózgowa.

Prokuratura rejonowa w Iławie prowadzi w dalszym ciągu śledztwo po doniesieniu Gertrudy Grzebskiej w sprawie fałszowania dokumentacji medycznej, w czasie gdy jej mąż był w śpiączce.

Jak poinformował we wtorek prokurator Tytus Szymanek sprawa jest przewlekła i śledczy czekają na opinie biegłych dotyczące wpisów lekarskich.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy