Reklama

Reklama

Anioły w krainie śmierci

Pomagają ciężko chorym ludziom godnie odejść z tego świata. Uśmiechają się, chociaż do oczu cisną się łzy.

Na oddział hospicyjno-paliatywny wrzesińskiego szpitala nie trafiłam z ciekawości, lecz z konieczności - odwiedzając bliską osobę. Przez kilkanaście dni obserwowałam pracę pielęgniarek, które z niespotykaną czułością opiekowały się umierającymi ludźmi.

Reklama

Nawet to, czego nie chcieli robić krewni, czego nie potrafili zrobić lub to, co ich zwyczajnie brzydziło, dla pielęgniarek nie stanowiło żadnego problemu. Było jednak tam coś, co mnie przerażało. Śmierć, która pojawiała się często. Zbyt często.

Tu nie można trafić przypadkiem

- Nikt z naszego sześcioosobowego zespołu nie jest tu przypadkiem. Ta praca jest naszym świadomym wyborem. Wiedzieliśmy, że będziemy opiekowali się nieuleczalnie chorymi osobami, którym pozostało niewiele życia - mówi Renata Tyrakowska, pielęgniarka koordynująca oddziałem.

- Jedyne, czego się obawialiśmy, to to, czy będziemy umieli się z nimi pożegnać. Na oddziale przebywają głównie osoby, u których zdiagnozowano raka. Rola pielęgniarek ogranicza się zatem do opieki, uśmierzania bólu oraz dawania im i ich rodzinom wsparcia psychicznego.

- Ja myślę, że oni wszyscy mają świadomość, że umierają, tylko nie zawsze to okazują, chcąc chronić w ten sposób rodzinę - wtrąca Lucyna Januchowska, pielęgniarka z 20-letnim stażem. - Często to właśnie dlatego chorzy chcą być tutaj; żeby najbliżsi nie patrzyli na ich koniec, by dom nie kojarzył się im z ich śmiercią. Są jednak tacy, których paraliżuje sama nazwa "hospicjum" i nie chcą do niego trafić.

- Mój mąż bał się tego miejsca jak ognia. Mówił, że to "wykończalnia ludzi". Jakże się mylił. Miał tu wspaniałą opiekę. Nie wiem, jak bym sobie poradziła, gdyby nie troska, cierpliwość i zrozumienie tych sióstr - wspomina pani Zofia.

Pielęgniarki z oddziału hospicyjnego posiadają coś jeszcze - wewnętrzny spokój. Trudno go nie zauważyć, patrząc na nie. - Ale nie jesteśmy z kamienia - mówią.

- Łzy często nam towarzyszą, bo żal nam każdego człowieka. Widzimy, jak niektórzy targują się z Bogiem, jak proszą, by pozwolił im doczekać urodzin syna czy innego ważnego dla nich dnia. Obserwujemy, jak wyrywają od losu każdy kolejny dzień. Ale bywają także pacjenci, którzy nie akceptują choroby, nie rozumieją, dlaczego ich to spotkało, dlaczego muszą umierać, skoro tyle jeszcze chcieli zrobić. Nie można przyzwyczaić się do śmierci. Jeśli ktoś tak twierdzi, to jest w błędzie.

Nie odchodzą w samotności

Te dwie niewielkie sale, w których znajduje się sześć łóżek, są miejscem, gdzie śmierć zagląda bardzo często. Przychodzi nagle, ale trudno powiedzieć, że niespodziewanie. Chociaż członkowie rodzin chorych mogą przebywać na oddziale tak długo jak chcą, ludzie umierają często wtedy, gdy najbliższych tu nie ma. - Nie oznacza to jednak, że nasi podopieczni odchodzą w samotności. Zawsze jesteśmy z nimi w tej chwili - mówi Renata Tyrakowska.

- Rozumiemy ich bez słów. Wiemy, co znaczą ich gesty, spojrzenia... Potrafimy przewidzieć nadejście śmierci, a wtedy pilnujemy pacjenta. Tak jak inni starają się, żeby dobrze przyjąć na świat dziecko, tak my staramy się, by nasi pacjenci godnie z tego świata odeszli.

Pielęgniarki nie ukrywają, że wykonują specyficzną pracę, że nie wszyscy się do niej nadają. Czy sprawia im ona przyjemność i dostarcza satysfakcji? - W pewnym sensie tak, bo przecież pomagamy tym ludziom. Ale to inny rodzaj satysfakcji - mówi L. Januchowska. - Bo czy można czerpać przyjemność z widoku śmierci? Czy można czuć satysfakcję nawet z najlepiej wykonanej pracy, gdy na naszych oczach umiera młoda kobieta, matka małych dzieci? - To strasznie bolesne, jak widzimy moment żegnania się z bliskimi, jak członkowie rodzin wchodzą po kolei do pokoju. Nie muszą nam nic mówić, ale my wiemy, że to ta ostatnia wizyta, ostatni uścisk dłoni, ostatnie spojrzenie na ukochanego ojca, dziadka, wujka...

Najgorsza jest samotność

Są to rzeczy, które na długo zostają w naszych głowach - opowiada pielęgniarka. Odwiedzając to miejsce, widziałam, jak duża jest rotacja chorych. Jedni leżeli tam zaledwie po kilka godzin, inni po kilka dni czy tygodni. Byli też tacy, którym udało się uciec śmierci i chociaż na chwilę wrócić do domu. Wszystkie te osoby łączył straszny fizyczny ból, który często mogła uśmierzyć tylko morfina.

- Bywają pacjenci cierpiący wyjątkowo mocno, którym nie potrafimy już pomóc. Wtedy modlimy się o ich śmierć. I może to dziwnie zabrzmi, ale "cieszymy się", kiedy taka osoba w końcu umrze - mówi Renata Tyrakowska. - To straszne, ale taki człowiek już swoje przeżył, miał trudną drogę, ale jeśli ma i tak umrzeć, to po co ma cierpieć? Nie wszyscy chorzy na oddziale hospicyjno-paliatywnym są cisi, spokojni i umierający biernie. Zdarzają się także złośliwi, nieprzyjaźni, niesympatyczni - jak to w życiu. Jednak nawet do takich osób wrzesińskie pielęgniarki mają anielską cierpliwość i - jak same mówią - lubią nawet tych marudnych pacjentów. Są też tacy, o których rodziny zapominają.

Czasami, siedząc w milczeniu przy łóżku, można usłyszeć historie tych ludzi. Opowieści o wspaniałych dzieciach, które w natłoku pracy zapominają odwiedzić umierającego ojca czy matkę. Co wtedy czują ci ludzie? Co naprawdę myślą? - Tego nikt nie wie. Ale to przykre, kiedy wychowało się na przykład troje dzieci, a umiera się w samotności - stwierdza jedna z pielęgniarek. Trudno się z tym nie zgodzić, patrząc chociażby na innych odwiedzających, którzy spędzają ze swoimi krewnymi długie godziny, wytrwale karmią ich, chociaż ci stawiają opór; którzy mówią do bliskich, często nie wiedząc, czy oni ich słyszą.

Pielęgniarki twierdzą, że wykonują tylko swoją pracę i nie oczekują specjalnych podziękowań, jednak faktem jest, że rodziny wielu zmarłych pacjentów składają im takie podziękowania, dostrzegając trud i wysiłek, jaki włożyły w opiekę nad ich bliskimi. - Czasami ludzie robią to od razu, innym razem po pogrzebie albo dopiero po jakimś czasie, kiedy emocje opadną - mówią pielęgniarki. - Ale zawsze jest to dla nas tak samo miłe. Wtedy wiemy, że nasza praca ma sens, że ktoś ją docenia, pomimo tak dużej straty, jaką jest śmierć członka rodziny.

Dorota Tomaszewska

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje