Mieszkają w altance na działkach?

W ubiegły czwartek w programie "Wróćmy do źródła" emitowanym w TVP Poznań mogliśmy obejrzeć reportaż o losach Haliny i Stanisława Pałaszów z Wrześni. Małżeństwo od kwietnia mieszka w altance na działkach "Pod Lipami" przy ul. Działkowców. Trafiło tam po eksmisji z mieszkania przy ul. Harcerskiej. Tamtejszy lokal zajmowali od ponad 25 lat. Niestety, właściciel kamienicy wypowiedział im umowę najmu.

Przedstawiona historia nie pozostała nam obojętna. Postanowiliśmy spróbować im pomóc. Udaliśmy się na wspomnianą działkę w celu zebrania materiałów do mającego powstać artykułu. Niestety, nie było nam dane nikogo tam spotkać. Nie zraziliśmy się. Przyjechaliśmy kolejny raz, i kolejny... I tak przez cztery dni. Bez skutku. Wieczorne wizyty również były bezowocne. Ostatecznie z rodziną Pałaszów skontaktowaliśmy się telefoniczne wczoraj.

Reklama

- Czy Państwo tam jeszcze w ogóle mieszkają? - zapytaliśmy.

- Tak - odparła bez wahania H. Pałasz. - Wodę kupujemy w sklepie, taką w butelkach - wyjaśnia. - Pomieszczenie dogrzewamy kuchenką gazową.

- To dlaczego od czterech dni nie możemy tam nikogo zastać? - drążymy dalej temat.

- Mąż wcześnie wyjeżdża do pracy, a ja chodzę do mieszkania córki na ul. Wrocławską. Nie będę siedziała na tej działce cały dzień - mówi H. Pałasz. - Wracamy tam późnym wieczorem. Nie wiem, dlaczego pana nie zauważyliśmy. Mógł pan krzyczeć (robiliśmy tak, jak również świeciliśmy w okno latarką - przyp. red.). Mieszkamy tam - zapewnia.

Nie do końca wierzą w to jednak urzędnicy ratusza.

- Przyznam, że nie jestem zdziwiony, że ich pan tam nie zastał - mówi Waldemar Grześkowiak, zastępca burmistrza Wrześni.

- Prawdę mówiąc, o tym, że ktoś mieszka w altance na działkach, dowiedziałem się z telewizji, gdy emitowano ten program ("Wróćmy do źródła" - przyp. red.) Wcześniej nic o tym nie wiedziałem - mówi Jarosław Kulczak, prezes ogrodów "Pod Lipami". - Spotykałem ich parę razy latem, ale o tym, że tam mieszkają, nic nie wiedziałem - zapewnia.

Dodajmy, że Pałaszowie o przyznanie lokalu mieszkaniowego wystąpili do gminy. Ta zaoferowała im lokal socjalny, położony przy ul. Słowackiego we Wrześni. Odmówili przeprowadzki.

- Powierzchnia użytkowa tego lokalu wynosi 30,62 m2, w tym powierzchnia mieszkalna 23,39 m2 - informuje Magdalena Łuczak, naczelnik wydziału gospodarki mieszkaniowej we wrzesińskim ratuszu. - Jest tu pokój z aneksem kuchennym, ze współużywalnością z najemcą sąsiedniego lokalu, korytarza i WC. Może tam zamieszkać czteroosobowa rodzina.

- To jest klitka - nie ukrywa swojego oburzenia H. Pałasz. - Tam się nie da mieszkać w takich warunkach. - Jedna z urzędniczek powiedziała mi, że tam są slumsy i mieszkają patologiczne rodziny. Dlatego nie przyjęliśmy tej oferty.

Pałaszowie uważają, że należy im się inne mieszkanie. - Proponowany lokal został odnowiony i wymalowany. Stan techniczny mieszkania jest dobry - mówi M. Łuczak. - Rodzina ta miała trzy lata na samodzielne załatwienie problemu mieszkalnego (tyle dał im właściciel kamienicy na wyprowadzkę - przyp. red.). Po wyroku eksmisyjnym zyskali jeszcze dwa lata - mówi W. Grześkowiak. - Mogli sobie coś wynająć w tym czasie. Najprościej jest jednak ściągnąć telewizję i mówić do kamery, jaka mi to się dzieje "krzywda".

- Nie stać nas na wynajęcie mieszkania - zapewnia H. Pałasz. - Bylibyśmy w stanie płacić za comiesięczny czynsz, ale żądają od nas kaucji w wysokości 3-4 tys. zł.

Dodajmy, że z zaświadczenia o zarobkach wynika, że S. Pałasz zarabia ok. 4 tys. zł brutto.

- Mąż pracuje na akord, dlatego wypłaty ma różne. Teraz ma 2 tys. zł do ręki - twierdzi H. Pałasz, która oskarża również burmistrza, że ten rozdzielił jej rodzinę. - Jeden z synów musi mieszkać u koleżanki, drugi wyjechał do pracy do Francji.

- Po reportażu w telewizji skontaktował się jakiś telewidz i zaproponował nam mieszkanie w Słupcy. Odmówiliśmy. Mąż ma pracę w Poznaniu (pracuje w firmie Karlik - przyp. red.). Będziemy szukać mieszkania na miejscu. Na gminę nie ma już chyba co liczyć.

- Ci państwo mają już pełnoletnich synów, pora więc, aby się usamodzielnili - kończy W. Grześkowiak.

Łukasz Różański

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL