Reklama

Reklama

Bogdan Zdrojewski: Dziwię się Schetynie i Siemoniakowi

- Nie zrezygnuję z kandydowania na przewodniczącego Platformy Obywatelskiej - mówi senator Bogdan Zdrojewski, który niegdyś zapowiadał, że startuje, by rywalizować z Grzegorzem Schetyną. Jego zdaniem, nawet po rezygnacji Schetyny, inni kandydaci nie gwarantują wystarczająco głębokich zmian.

Piotr Śmiłowicz, PAP: Jak pan ocenia decyzję Grzegorza Schetyny o rezygnacji z kandydowania na przewodniczącego PO?

Reklama

Bogdan Zdrojewski: - Za tę decyzję należy się Grzegorzowi szacunek. Natomiast jeśli chodzi o wsparcie dla Tomasza Siemoniaka, trochę się dziwię, zarówno Tomkowi, jak i Grzegorzowi. Bo diagnoza, która w ostatnim okresie dominuje, to jest diagnoza koniecznych zmian. Tomasz Siemoniak reprezentuje zaś prostą ciągłość. Wystarczy prześledzić jego wypowiedź bodaj sprzed dwóch tygodni, że najlepiej by było, by Grzegorz Schetyna kontynuował swoją misję.

On powiedział, że liczył na kandydowanie Schetyny, ale skoro ten nie kandyduje, postanowił wystartować sam.

- Wystartować i kontynuować, jak rozumiem. Tu mamy pewien brak logiki. Bo jeżeli Grzegorz postanawia nie kandydować, to znaczy, że dostrzega potrzebę zmiany. Inaczej niż Tomek Siemoniak. Mamy więc pewien zgrzyt wiarygodności. Oczywiście nie odmawiam prawa Grzegorza do wskazania kandydata na następcę.

Jak pan ocenia fakt, że łącznie jest sześciu kandydatów?

- To dobrze. Sześciu kandydatów to nie jest ani za dużo, ani za mało. Przypomnę, że w poprzednich wyborach na samym początku mieliśmy Ewę Kopacz, Borysa Budkę, Tomka Siemoniaka i Grzegorza Schetynę. A został tylko on jeden. Być może w tej chwili zostanie tylko dwóch albo trzech. Ważne jest to, że prawie wszyscy, może z wyjątkiem Tomka Siemoniaka, uważamy, że potrzebne są zmiany. Różnimy się natomiast stopniem krytycyzmu. 

- Uważam, że najbardziej krytyczna w stosunku do tego, co działo się w ostatnich dwóch latach, była Joanna Mucha. Natomiast ja jestem krytyczny może nie przesadnie, ale konsekwentnie, bo cały czas wskazuje na te same błędy praktycznie od dwóch lat. Poza tym mój przekaz jest transparentny. Uważam też i powtarzam, że Platforma powinna przejść w drodze ewolucji rewolucyjną zmianę. 

- Jeśli chodzi o Bartka Arłukowicza, jest bliższy mojemu poglądowi przy recenzowaniu życia w partii, natomiast ma krótszą historię swojego krytycyzmu niż ja. Borys Budka jest z kolei wiceprzewodniczącym partii i szefem klubu. Nie pamiętam jego krytycznej recenzji jakiejkolwiek decyzji, która zapadała w ciągu ostatnich dwóch lat, a była źródłem porażki. Tymczasem decyzje przy okazji wyborów samorządowych, europejskich czy parlamentarnych zapadały, o ile się orientuję, dość jednomyślnie. Stąd Borys Budka za te decyzje ponosi współodpowiedzialność, choć doceniam też jego krytycyzm wobec tych błędów i chęć dokonania poważnych korekt. Nie wiem jednak, jak poważne te korekty powinny być.

Został jeszcze Bartłomiej Sienkiewicz. Zaskoczyło pana jego kandydowanie?

- Zaskoczyło mnie, bo Bartek Sienkiewicz nie był długo członkiem Platformy, zapisał się niedawno i zgłosił chęć kandydowania na przewodniczącego. Nie znam jego motywacji, zwłaszcza, że wcześniej nie sygnalizował w najmniejszym stopniu takich ambicji.

Chce zdaje się zwrócić uwagę na potrzebę głębszej dyskusji programowej w PO.

- To może być dobra motywacja. Skoro jego start zwiększy poziom wewnętrznej debaty, doceniam to.

Mówił pan, że niektórzy kandydaci mogą zrezygnować. Może się pan pokusić o prognozę, kto?

- Dwóch kandydatów może zostać po pierwszej turze, w której nikt nie zdobędzie 50 procent głosów. Ale może być też tak, że szacowanie szans może oznaczać zawieranie sojuszy między kandydatami.

Pan dopuszcza jakieś sojusze z kimś? Bo pojawiły się głosy, że pan kandyduje z uwagi na Schetynę, a skoro on zrezygnował, pan nie będzie zdeterminowany.

- Prawdą jest, że bardzo źle oceniałem kondycję Platformy i twierdziłem, że potrzebne są zmiany. I zapowiadałem, że jeśli Schetyna będzie startować, ja również wystartuję. Natomiast dziś mogę powiedzieć z pełnym przekonaniem, że znaczna część obecnie startujących kandydatów nie daje gwarancji wystarczających zmian. W niektórych wypadkach lekceważone są priorytety, jakie stoją przed PO w najbliższych latach. 

- Mówiłem, że po pierwsze musi się zmienić przywództwo, bo zagwarantowało nam trzy dotkliwe porażki. To się stało. Po drugie uważam, że za naszym kandydatem na prezydenta powinno stanąć kierownictwo partii wraz z przywódcą, który będzie starać się go wspierać, a nie przy okazji kampanii budować siebie samego. 

- Trzeci element - trzeba przeprowadzić Platformę przez trudny moment po wyborach prezydenckich, po to, by zbudować nową propozycję, o wysokiej wiarygodności, z bardziej precyzyjnym programem. Program ten powinien być taką piramidą, w której na samym szczycie powinno być państwo prawa z szacunkiem do konstytucji, potem służba zdrowia, ekologia, oświata, w końcu polityka międzynarodowa, obronna, bezpieczeństwo, gospodarka etc. I ważne, żeby tej piramidy nie odwracać. Uważam też, że przed następnymi wyborami, które będą w 2023 roku, o ile nie zostanie skrócona kadencja, powinien odbyć się kongres programowy Platformy. W każdym razie po wyborach prezydenckich Platforma musi przejść poważny rebranding. Sam lifting nie wystarczy. To muszą być poważne zmiany.

Pan jest gwarantem tych zmian?

- W jakimś sensie jestem kompletnym politykiem, bo mam za sobą długi staż samorządowy, przewodniczyłem klubowi, mam staż senacki, europejski i rządowy. Jestem spełnionym politykiem, mogę dać swój czas i swoje doświadczenie, by służyć kandydatowi na prezydenta, a następnie młodszemu pokoleniu, któremu trzeba powoli i odpowiedzialnie przekazywać Platformę. Nie powinien być to proces przypadkowy.

I nie zrezygnuje pan z kandydowania?

- Nie zrezygnuję.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje