Czy Jezus kulał? Całun Turyński a zagadka chromego Chrystusa

- Bardzo często w Kościele Wschodnim Chrystus przedstawiany jest z jedną nogą krótszą. Tak też tłumaczy się tę dolną podstawkę na krzyżu prawosławnym. Męska postać na Całunie też jest tak ustawiona. Kiedy dwie nogi były przybite jednym gwoździem do krzyża, jedna musiała być bardziej przykurczona – mówi w trzeciej części rozmowy z Bogdanem Zalewskim Grzegorz Górny, autor m.in. książek „Świadkowie Tajemnicy. Śledztwo w sprawie relikwii Chrystusowych" oraz "Oblicze Prawdy. Żyd, który zbadał Całun Turyński".

Bogdan Zalewski: - W poprzednich częściach naszej rozmowy o Całunie Turyńskim, poruszaliśmy temat dziwnych dróg wiary i nauki. Dla mnie niesamowita jest prawosławna legenda o chromym Chrystusie, historia także odciśnięta na Całunie.

Grzegorz Górny: - Bardzo często na Wschodzie, w Kościele Wschodnim, Chrystus przedstawiany jest z jedną nogą krótszą, drugą dłuższą. Tak też tłumaczy się tę dolną podstawkę na krzyżu prawosławnym...

Skrzywioną...

- ...która miała oznaczać , że jedna noga była krótsza, druga dłuższa. Okazuje się, że ta męska postać na Całunie Turyńskim też jest tak ustawiona, jakby jedna jej noga była krótsza od drugiej. To wynika z faktu, że kiedy dwie nogi były przybite jednym gwoździem do krzyża, jedna musiała być bardziej przykurczona. Można powiedzieć, że ona potem "zastygła" w takim ustawieniu na skutek stężenia pośmiertnego, czyli rigor mortis. W takim stanie Chrystus został owinięty w całun i pochowany, stąd później odzwierciedlenie postaci na płótnie sprawiało wrażenie, jakby jedna noga była krótsza. Okazuje się, że jest to zgodne z tym, co ustalili specjaliści od anatomii. Tak zachowuje się organizm ludzki, tak ustawiają się kończyny, jeśli są w taki, a nie inny sposób przybite i pośmiertnie tężeją.

Całun Turyński - prawdziwy obraz, coraz bardziej prawdziwy, jak się okazuje - był także inaczej określany w przeszłości: jako Mandylion z Edessy, Chusta Abgara, Obraz Boga, czyli Theotokos Eikon, tetradiplon, czyli "złożony na czworo". W tych nazwach jest zawarta niesamowita historia tego płótna. Jaką drogę Pan przebył po śladach jego obecności?

- Najważniejszym spotkaniem, najważniejszym wydarzeniem było wystawienie Całunu Turyńskiego w 2010 roku w kwietniu i maju w Turynie. Udało mi się być na tym pokazie. Tak jak pielgrzymi mieli maksimum około pięciu minut, żeby być w odległości minimum pięciu metrów od Całunu, ja - na skutek akredytacji - mogłem stać dwa metry od Płótna przez kilka godzin. Z tym że z bliska na Całunie nie widzi się na skutek efektu "sfumato"...

Rozmycia...

- Efektu, który sprawia, że im człowiek jest dalej od tego obrazu, tym lepiej widzi różne jego kształty. Spotkałem się tam w Turynie z Bruno Fabbianim, profesorem optyki z Politechniki Turyńskiej...

Który stworzył specjalny okular...

- Specjalne okulary do oglądania Całunu Turyńskiego, które mają dwa różne filtry. Jeden z nich wydobywał wszystkie ślady krwi, sprawiał, że one stawały się w takim oglądzie bardziej intensywne. Drugi z kolei wydobywał wszystkie szczegóły anatomiczne ciała mężczyzny. W ten sposób też papież Benedykt XVI w 2010 roku dzięki tym okularom mógł oglądać Całun. Rzeczywiście dzięki temu widziało się pewne szczegóły, które nieuzbrojonym okiem nie są widoczne, nawet jeśli nie wiem jak wytężać wzrok.

Reklama

Niektórzy postrzegają postać Chrystusa w śladach nadpaleń, mylą wizerunek Chrystusa z efektami częściowego zniszczenia płótna.

- Właśnie te nadpalenia sprawiły, że profesor Fabbiani postanowił skonstruować te okulary. Kiedy uczestniczył on w 2000 roku na poprzednim wystawieniu Całunu, stał obok chłopca, który zapytał babcię: "Dlaczego Chrystus ma nogi w połowie ucięte?". Wtedy profesor Fabbiani się zorientował, że ludzie nie widzą tych szczegółów tak, jak one tam są naprawdę. Sami dopasowują pewne elementy, identyfikując niektóre nadpalenia z częściami ciała Chrystusa, podczas gdy są to dziury po wypaleniach. Powstały one na skutek pożaru w 1532 roku w Chambery we Francji w kaplicy pałacowej. Całun omal tam wtedy nie spłonął. Był przechowywany w srebrnym relikwiarzu. Naukowcy obliczyli, że temperatura w kaplicy musiała wynosić około sześciuset stopni Celsjusza. Na szczęście w ostatniej chwili wyniesiono ten relikwiarz z Całunem z płonącej kaplicy. W ostatniej chwili, bo już zaczęły topić się okucia relikwiarza, zaczęły spadać...

Krople srebra...

- Roztopione krople srebra, i to one właśnie wypaliły te dziury, które są widoczne na Całunie. Polewano go wtedy wodą, żeby nie uległ spaleniu, i także te zacieki są do dziś widoczne.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje