Reklama

Reklama

Tomczykiewicz: To czas Tuska. Podważanie jego przywództwa nie ma sensu

"Jak wygram, to sam sobie wybiorę otoczenie w partii. Kto krytykuje, ten wylatuje"- tak można streścić słowa, które według źródeł RMF FM miał powiedzieć Donald Tusk podczas czwartkowego zarządu partii. - Dla mnie to oczywistość. Lider musi mieć zdyscyplinowanych członków partii. Po wyborach wszyscy muszą wspierać zwycięzcę, przynajmniej publicznie - mówi pytany o słowa Tuska członek zarządu PO Tomasz Tomczykiewicz, gość Przesłuchania w RMF FM.

Agnieszka Burzyńska: Na początek: Borussia czy Bayern? Kto wygra i jaki będzie wynik?

Reklama

Tomasz Tomczykiewicz, wiceminister gospodarki: - Borussia wygra. Wynik będzie 2:0.

To teraz inny mecz i inne stawki. "Jak wygram, to sam sobie wybiorę otoczenie w partii. Koniec z krytyką rządu. Kto krytykuje, ten wylatuje" - tak można streścić najostrzejszą część wystąpienia Donalda Tuska podczas słynnego zarządu PO. Nie przeraża to pana?

- Dla mnie to oczywistość. Jestem liderem struktury na Śląsku. Jeśli lider ma sprawnie zarządzać organizacją, a jeszcze lider partii rządzącej w tym czasie, to musi mieć zdyscyplinowanych członków partii.

Ale to pachnie eliminacją wewnętrznej opozycji i jej partyjnego zaplecza.

- Jest czas wyborów, wtedy więcej można - można dyskutować, można się spierać. Potem, po wyborach, wszyscy muszą wspierać zwycięzcę. To normalne.

Czyli zero krytyki? Ani jednego słowa?

- Mówimy oczywiście o krytyce publicznej. Debata wewnątrz partii burzliwa jest, będzie - to jest zupełnie naturalne i dozwolone. Nigdy w Platformie, przez te kilkanaście lat to nie było zakazane.

Dwa miesiące ostrej rywalizacji wewnętrznej, a potem walka w regionach. Polityka miłości w partii miłości w rozkwicie. Przecież to nie jest najlepszy pomysł na uspokojenie sytuacji, prawda?

- No ale wybory w partii demokratycznej muszą się odbyć. My jesteśmy jedyną partią, która to robi bardzo rzetelnie...

Ale fundujecie sobie kilka miesięcy ostrej jazdy!

- Ale przecież nie pierwszy raz to robimy. To już są kolejne, chyba czwarte wybory w partii. Przeżywamy to spokojnie.

Pierwszy raz w takim wymiarze. Zawsze był jeden kandydat przede wszystkim.

- O, nie. Były już wybory, gdzie był konkurent dla pana premiera, oczywiście niewielkiego kalibru, ale jednak był.

"Tusk kontra Schetyna to marzenie opozycji". Kto tak mówił?

- Nie mam pojęcia.

To pan tak mówił.

- Tak?

Dlaczego premier spełnia marzenia opozycji?

- Nie wiemy dzisiaj, czy dojdzie do takiego pojedynku. Te deklaracje ostatecznie mają paść z ust potencjalnych konkurentów po rozpoczęciu kalendarza wyborczego. Poczekajmy.

Ale przecież Grzegorz Schetyna nie ma wyjścia! Donald Tusk wyzwał go wczoraj publicznie na pojedynek.

- Dobry polityk, a na pewno Schetyna takim jest, zawsze ma wyjście.

Jakie to wyjście? Siedzieć cicho, nie krytykować i przyjmować stwierdzenia, że stchórzył?

- Dziś jest czas premiera Donalda Tuska. To jest czas, w którym rządzi, w którym wygrał kolejne wybory parlamentarne. Wydaje się, że pozycja premiera jest silna, podważanie jego przywództwa nie ma dzisiaj sensu.

Są już tacy, którzy podważają. Rafał Grupiński już zasugerował, kogo wybierze i nie jest to premier, a Andrzej Halicki mówi w "Super Expressie", że "Schetyna był na wyższym stanowisku, niż premier, był głową państwa, nie ulega wątpliwości, że ma wystarczające umiejętności, żeby objąć funkcję szefa rządu. Inni także to dostrzegają". To co, Tomasz Tomczykiewicz nie dostrzega?

- Ale to nie jest krytyka, to jest pokazywanie walorów członków Platformy. To nie znaczy, że dojdzie do zmiany lidera.

A jeżeli dojdzie do tego pojedynku, to na kogo pan zagłosuje? Na Donalda Tuska, czy Grzegorza Schetynę, a może na Jarosława Gowina?

- Następne pytanie.

Nie, nie, nie, takie mamy czasy, że rozpoczął się sezon na deklaracje, kogo się kocha bardziej. No to kogo?

- Następne pytanie.

Czyli głosuje pan na premiera, racjonalnie?

- Następne pytanie.

Naprawdę nie jest pan w stanie zadeklarować?

- Ja oczywiście jestem w stanie, ale myślę, że premier nie oczekuje publicznych deklaracji. One mają mieć charakter tajny.

A ja myślę, że premier by chciał, żeby było odwrotnie.

- Premier by chciał, żeby takiego bicia pokłonów wobec premiera nie czynić.

Ja myślę, że jest trochę odwrotnie, ale teraz poletko gospodarcze. W ciągu najbliższych dni ma zostać złożony wniosek o upadłość Stoczni Gdańskiej, podały Fakty TVN. Jesteście przygotowani na taki scenariusz? Minister pracy ostrzeżony, że będą zwolnienia?

- Minister pracy jest zawsze przygotowany na taką sytuację. Bardzo dobrze sobie poradził w sytuacji kryzysowej to na Śląsku, podczas ogromnych zwolnień we Fiacie.

Ale upadłość Stoczni Gdańskiej przesądzona?

- To oczywiście nie jest przesądzone. Ja pamiętam, że rok temu była podobna sytuacja. Być może nie była ona wtedy medialna, ale w jakimś stopniu też wspierałem tę stocznię. Ja mam nadzieję, że rozmowy między ARP a kierownictwem stoczni doprowadzą do tego, aby to widmo upadłości oddalić. Tzeba jednak wdrażać systemy ratunkowe, bo dosypywanie pieniędzy do firmy, która nie rokuje, nie wprowadza restrukturyzacji gwarantującej wyjście na prostą - a mówimy przecież o publicznych pieniądzach - nie ma sensu.

Ile kopalń trzeba zamknąć?

- To będzie zależało od rachunku ekonomicznego.

No ale pan mówił, że kilka kopalń jest trwale nierentownych, a jak coś jest nierentowne, to chyba nie ma sensu, żeby to ciągnąć?

- No tak, ale to muszą ocenić na koniec eksperci, specjaliści. To decyzja prezesów spółek. Oni odpowiadają za kondycję spółki.

Ale związkowcy alarmują, że nie tylko prezesi, bo rząd nie robi nic, żeby ochronić polskie kopalnie przez zalewem taniego węgla, między innymi z Rosji. No i co zamierzacie zrobić, żeby to zmienić?

- To oczywiście najlepiej zwalić - a skutecznie robią to związkowcy - na "czarnego luda", czyli węgiel z zagranicy, na rząd, na pakiet klimatyczno - energetyczny. To jest po prostu nieprawda. "Bogdanka" na przykład świetnie sobie radzi. Oczywiście, można powiedzieć, że ma lepsze warunki geologiczno - górnicze, ale na Śląsku przecież też są kopalnie, które naprawdę mają możliwości wydobywania w niskich cenach, podobnie jak Bogdanka. Trzeba tylko ten potencjał właściwiej wykorzystywać.

Czyli żadnej pomocy nie będzie?

- Ona cały czas jest. To nie jest prawda, że nie ma pomocy. My wydajemy prawie pół miliarda na te pozostałości po górnictwie. Te koszty osierocone są ogromne, płacimy przecież wcześniejsze emerytury dla górników, to jest dodatkowo z ZUS-u 6,5 miliarda złotych, a lada moment wdrożymy ustawę o energochłonnych, która też da oszczędności wielomilionowe, również dla spółek węglowych, bo one do takich - energochłonnych - się zaliczają. 

Dowiedz się więcej na temat: Platforma Obywatelska

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje