Reklama

Reklama

Zbadają przyczyny wypadku na Bałtyku

Będzie śledztwo w sprawie zatonięcia rybackiej łodzi w okolicach Darłowa (woj. zachodniopomorskie) - powiedział rzecznik Prokuratury Okręgowej w Koszalinie Ryszard Gąsiorowski.

Wyjaśnił on, że co prawda formalnie postanowienia o wszczęciu śledztwa jeszcze nie wydano, ale prokuratura dysponuje już zebranymi dotychczas materiałami dotyczącymi zatonięcia jednostki. - Postanowienie jest przygotowywane, prawdopodobnie będzie gotowe we wtorek - dodał rzecznik.

Reklama

Rybacka łódź, którą przebudowano na jacht motorowy o nazwie "Mariola", zatonęła w niedzielę przed południem ok. 10 mil morskich na północny zachód od Darłowa. Ze znajdujących się na pokładzie 9 osób uratowano 8. Jedna wciąż uznawana jest za zaginioną.

Rozbitków z "Marioli" podjęły znajdujące się w pobliżu jednostki rybackie. Poszukiwania zaginionej osoby prowadziły dwie jednostki ratownicze: statek SAR 1500 "Tajfun" i łódź ratownicza R-26 z Brzegowej Stacji Ratowniczej Morskiej Służby Poszukiwania i Ratownictwa w Darłowie, dwa śmigłowce Marynarki Wojennej (najpierw W-3RM Anakonda z Gdyni Babich Dołów, potem Mi - 14 PS z Darłowa) i samolot Straży Granicznej.

Poszukiwania trwały od godz. 11.09 do godz. 18.10. Zaginionej osoby nie znaleziono. Ustalono natomiast przybliżoną pozycję zatonięcia "Marioli". Łódź prawdopodobnie leży 30 metrów pod wodą. Przyczyny wypadku nie są znane. Wiadomo jedynie, że doszło do niego przy bardzo dobrych warunkach atmosferycznych - stan morza wynosił 1, siła wiatru 2-3, widoczność 10 mil morskich, temperatura Bałtyku ok. 10 stopni Celsjusza.

Jak powiedział prok. Gąsiorowski z dotychczasowych ustaleń wynika, że "Mariola" wyszła w morze o 6 rano na rekreacyjne połowy dorsza na wędkę. Było na niej 6 wędkarzy, szyper, jego żona (właścicielka łodzi) oraz ich córka. Ok. godz. 11, gdy łódź zmieniała łowisko, doszło do jej przechylenia. Jednostka stanęła pionowo i w ciągu krótkiego czasu poszła na dno. Ośmiu osobom udało się wyskoczyć z łodzi. Uznawana za zaginioną właścicielka "Marioli" miała w tym czasie znajdować się pod pokładem.

Zatopiony jacht motorowy miał stalowy kadłub o długości 7,40 m i był napędzany zamontowanym na stałe silnikiem o mocy 40 KM. Był to dziewiczy rejs jednostki u nowego właściciela, który kupił ją wiosną 2009 roku. Jak powiedział Gąsiorowski, w poniedziałek na miejsce przypuszczalnego zatonięcia "Marioli" wypłynęła wynajęta przez szypra tej łodzi prywatna jednostka z płetwonurkami na pokładzie. - Z moich wiadomości wynika, że tej wyprawie nie udało się jednak zlokalizować wraku - dodał prokurator.

Kwestie związane z wymogami bezpieczeństwa na jednostkach sportowych o długości całkowitej do 24 m regulują zarządzenia dyrektorów urzędów morskich z maja 2007 r. wydane na podstawie ustawy o obszarach morskich Rzeczypospolitej Polskiej. Zarządzenia te stanowią, że kierownikiem takiego statku musi być osoba z odpowiednimi kwalifikacjami potwierdzonymi patentem żeglarskim lub motorowodnym. Przed wyjściem w morze kierownik jednostki musi przeszkolić załogę w posługiwaniu się środkami ratunkowymi i sygnałowymi.

W jednostkach wykorzystywanych w celach komercyjnych (np. zarobkowe połowy dorsza na wędkę), prowadzących żeglugę przybrzeżną, czyli pływających w odległości do 20 mil morskich od brzegu, powinna znajdować się pneumatyczna tratwa ratunkowa, albo koła ratunkowe w liczbie jedno na dwie osoby, składowane w sposób umożliwiający ich natychmiastowe użycie, pasy ratunkowe dla wszystkich osób na jachcie, 6 rakiet spadochronowych koloru czerwonego i jedna pławka dymna koloru pomarańczowego.

Z zarządzeń wynika, że na jednostkach rekreacyjnych, czyli nieprowadzących działalności gospodarczej, o długości do 15 m wyposażenie takie nie jest obowiązkowe. Jest ono jedynie zalecane.

Więcej newsów znajdziesz
w aplikacji INTERIA
Pobierz aplikację

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne